wtorek, 30 czerwca 2015

1.69

Tańczyłem z kilkoma dziewczynami przypadkowymi, a potem z Tobą i przypadkowość skończyła się, bo przecież my byliśmy tamtej nocy umówieni od lat.

 Moja dusza jest niebieska. Za godzinę wyjdę z domu, pójdę na pociąg, pojadę do szkoły i dowiem się, czy zdałam maturę, czy nie. Myśli chyba mnie już nie paraliżują. Wydaje mi trochę się ostatnio ogarnęłam. Nie tnę się. Chyba. To znaczy mam na ręce świeżo zagojone blizny, ale to dlatego, że kolega pokazywał mi na imprezie, jak mocno boli robienie tatuażu. Żeby nie było, też pokazałam mu coś w stylu "jak bardzo boli", tyle że rozcięłam mu centralnie skórę na głębokość kilku milimetrów. Ten kolega to pan Ł. Nie znamy się za dobrze, ot kolega, który potrafi wypić więcej wódki niż sam waży i mimo wszystko trzymać się w pionie.
 Przed chwilą wróciłam z całonocnej imprezy. Wykąpałam się i umyłam zęby. Jest mi dziwnie, mam nadzieję, że nie mam rozkurwionych źrenic. W nocy dali mi amfetaminę, a potem jeszcze raz. Chyba jestem odwodniona. Czy na pewno wszystko jest u mnie w porządku? Sama zadaję sobie to pytanie. Nie wiem, kurwa, nie wiem. Żyję, oddycham. Jak już pisałam, trzymam się. W tym sensie, że nie mam już prawie myśli samobójczych. Nie mam tych "złych dni", kiedy myślę o tym, jaki świat jest beznadziejny. Nabrałam dystansu, dorosłam. A może zdziecinniałam. Zarabiam zbierając truskawki, a pieniądze przeznaczam na alkohol i narkotyki. Czy czuję ból? Na pewno nie taki jak wcześniej. Ten jest rzeczywisty, skoncentrowany jak zwykle gdzieś w okolicach płuc, ale nie na tyle silny, by nie pozwalać mi funkcjonować. Zapominam o nim kiedy wychodzę. Kiedy piję, palę. Nie wiem, skąd się bierze, nie znam jego źródła. Już chyba nie chodzi o chłopaków. Nie chodzi o wygląd. W lustrze widzę obcą osobę. Prostuję włosy, za często. Musze kupić sobie odżywkę. Muszę zrobić makijaż i za chwilę być gotowa do pójścia po te wyniki. Nie powinnam się bać. Nie mogę się bać, bo strach oznacza słabość, a ja nie jestem słaba. Jestem w stanie wyciągnąć koleżance pająka z włosów, na pewno nie jestem słaba. Jestem odważna. Jestem mądra. Chcę do trzydziestki zarobić pierwszy milion. Matura to tylko formalność. Tego, co zdobyłam włócząc się po tych wszystkich imprezach, żadna szkoła nie jest w stanie mi zapewnić. Znajomości.
 40 minut do wyjścia. Nic nie jadłam. Musze wysuszyć grzywkę i zrobić makijaż. Jest ciepło, najwyżej ściągnę żakiet. Muszę pamiętać o kremie z filtrem i kupieniu nowych spodni na dupę. I płynie do soczewek. Jak to miło jest mieć czasem coś do załatwienia, zamiast siedzieć tylko w łóżku i myśleć. Ostatnio myślę dużo, ale staram się nie używać słów.
 W ogóle, dużo zmieniło się w moim myśleniu. Kiedyś byłam pewna, że to ja odstaję od reszty, że jestem popierdolona i powinnam się leczyć. A tu niespodzianka, przecież to normalne, że ludzie mnie nie rozumieją, w końcu znacznie przewyższam ich inteligencją. Nie wszystkich oczywiście, ale większość. Ludzie na moim poziomie mnie rozumieją, po prostu. Rozmawiam. Mówię ludziom różne rzeczy o sobie i o świecie, a potem oceniam ich odpowiedzi pod względem logiki. Uważam, że negatywne komentowanie czyjegokolwiek wyglądu jest absolutnie nietaktowne i świadczy wyłącznie o kompleksach mówiącego. Koledzy mówią mi, że jestem gruba, ale walić to. Nie jestem obiektem seksualnym. W sumie, nawet gdybym schudła i tak bym nie była. Za 15 minut wychodzę.
 Miłość do K. przeszła mi po... pół roku? Słabo. Widać nie jestem zbyt stała w uczuciach. Niby dobrze, że sobie odpuściłam, ale czy prawdziwą miłość można sobie odpuścić? A jeśli nie była to prawdziwa miłość, to czym było to uczucie? Byłam naprawdę pewna, naprawdę dużo cierpiałam, a teraz wszystko odeszło jak sen. Może to ja śnię, kiedy kocham, bo moja miłość jest irracjonalna. Nie ma prawa bytu w rzeczywistym świecie. Moja miłość jest wymyślona, zaraża mój jasny zwykle umysł, sprawia, że brakuje mi tlenu. Nie mogę kochać już nigdy, bo moja miłość prowadzi tylko do rozczarowań. Musze opanować moje idiotyczne wymysły, zanim TO zajdzie za daleko. Swoją miłością tylko niszczę. Jestem destruktywna, jestem zbyt smutna, by ktoś mógł mnie pokochać. Po prostu muszę sobie odpuścić, bo chyba tylko to dobrze mi wychodzi. Po tylu latach doświadczenia..

Sto dwunasty raz słucham Bring Me The Horizon - "Deathbeds". Nie pamiętam, o czym dokładnie jest, pewnie o miłości.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Konfuzja (mindfuck)

Lepiej pomarzyć, jakby to było cudownie, niż burzyć wszystko prozą życia. 

 Wszystko zaczęło się od tego, że się zakochałam. Głupie pragnienie odwzajemnienia przez kogoś tego uczucia doprowadza mnie do niewyobrażalnej agonii. Boli mnie jak cholera. Nie jest to jakiś scentralizowany ból, ale tak mocno odczuwam go fizycznie, że nie potrafię normalnie funkcjonować. To jedyne, czego pragnę, dlaczego więc nie mogę tego dostać? Czy nie staram się wystarczająco mocno? Prawda jest taka, że jestem po prostu zbyt wyjątkowa, by ktoś mógł mnie pokochać. Kwestionuję wszystko i czuję jak grunt osuwa mi się spod stóp. Zachwycam się wieloma rzeczami. Staram się naprawdę żyć, a nie tylko powoli umierać. Latam. Gubię wątek.
 Sprawa sprzed 5 miesięcy, ta z panem K. jest już nieaktualna. Powinnam zachować się jak rasowy buddysta, którym czasami jestem, i życzyć mu szczęścia, ale powiem tylko, że chuj mu w dupę.
 Czy żywienie wrogości do drugiej osoby jest złe? Czy powinnam przejmować się tym, czy coś jest dobre czy złe? Czy dobro i zło to realne wartości, czy po prostu wytwór naszej kultury? Racjonalna ja, której daję się odezwać raz na jakiś czas uważa, że zastanawianie się nad kwestiami moralnymi to strata czasu. Jesteśmy zwierzętami i najważniejsze jest przeżycie. Czy istnieje dusza? Czy moje uczynki zostaną jakoś moralnie ocenione po śmierci? Czy karma do mnie wróci? Te pytania to ważne pytania, jednak pozostaną tylko nimi, bo nie da się na nie odpowiedzieć. Z resztą nie powinnam w ogóle głowić się nad tymi sprawami, bo jestem hedonistką, egoistką i w ogóle sobą, więc logicznie najważniejsza dla mnie jestem ja i moje szczęście. Koniec, amen.
 To nie pierwszy i nie ostatni taki dzień, kiedy wracam do domu o 10 rano. Wiele rzeczy wydarzyło się w moim życiu przez te 5 miesięcy. Przede wszystkim pożegnałam dwoje przyjaciół. Trochę popłakałam (metaforycznie!), ale otrzepałam się i idę sobie dalej. Jest zajebiście. Tak zajebistego życia, jakie mam teraz, nigdy wcześniej nie miałam. Poważnie, to nie jest żaden sarkazm. Odkąd zaczęły się wakacje, świetnie się bawię. Robię co chcę. Pod każdym względem. Jem co chcę i kiedy chcę. Ostatnio staram się mniej i zdrowo. Wydaję pieniądze na alkohol i narkotyki. I jest mi z tym dobrze. Zdarza mi się nie wracać do domu przez kilka dni, bo wciąga mnie melanż. Podejmuję ryzyko. Tańczę, kiedy ktoś mnie poprosi. Uśmiecham się i jestem dumna, bo wiem, że wygrałam.
Zupełnie inaczej podchodzę teraz do mojego życia. Wyciągam wnioski. Moim ateistycznym umysłem próbuję nadać wszystkim wydarzeniom ostatnich miesięcy jakiś sens. Zastanawia mnie pewna rzecz. Nie w jakiś nachalny, frustrujący sposób. Czysta ludzka ciekawość. Czy wydarzenia mające miejsce w naszym życiu, dzieją się z jakiejś przyczyny? Ostatnio często zadaję sobie to pytanie i mam nadzieję kiedyś w przyszłości znaleźć na nie odpowiedź. Z tej też przyczyny wybieram się po wakacjach na filozofię;] Z filozofią jest trochę tak jak z czarną owcą wśród kierunków. Ludzie nie rozumieją, dlaczego to robię i wcale im się nie dziwię. Wszak ludzie to idioci. Zauważyłam ciekawą zależność, im głupszy człowiek zaczyna swój wywód, dlaczego powinnam raczej (tu wstaw swoją propozycję) tym bardziej chce mi się wierzyć, że homo sapiens to jednak ślepy zaułek ewolucji. Za każdym razem kiedy ktoś próbuje "podcinać mi skrzydła", czy "sprowadzać mnie na ziemię" od razu się wyłączam. Trzeba mieć wybitnie niskie poczucie własnej wartości i zamknięty umysł by odwodzić kogoś od jego marzeń. Jestem młoda, wolna i ekscentryczna, to przecież oczywiste, że muszę iść na filozofię. Jakoś inteligentni ludzie nie mają z tym żadnego problemu, wspierają mnie i gratulują odwagi.
 Co za popierdolony świat.
 Mam pierdolone borderline i w chuj innych zaburzeń. Akceptuję je jako naturalną część mojej (moich) osobowości. Jestem geniuszem, szkoda, że nikt poza mną tego nie wie.
 Zmiany nastrojów są jak były, jak zwykle intensywne, raz miażdżące mi serce, raz unoszące mnie ponad atmosferę, zataczam kręgi depresji i euforii raz większe raz mniejsze, czasem jak rześki wiatr o poranku, innym razem jak grad wielkości ciężarówek w czasie sztormu na płonącym statku w który lada chwila uderzy piorun kulisty wielkości księżyca i zaraz potem pierdolnie kometa i skończy się świat. TAK, Takie rzeczy dzieją się w mojej głowie i nie walczę już z nimi. Poddałam się im. Zaakceptowałam je i pokochałam. Pokochałam uczucia, które się we mnie dzieją. Podoba mi się to, że jestem taka wrażliwa, że tak łatwo ulegam pragnieniom serca, z drugiej strony nienawidzę siebie za to i to też jest piękne, bo nawet tę nienawiść w sobie kocham. Z drugiej strony potrafię myśleć racjonalnie, robić sobie psychoanalizy, doszukiwać się przyczyn moich stanów, wiem w chuj dużo rzeczy i jeszcze więcej będę wiedziała, a za jakieś 5 lat to już w ogóle. Cieszę się życiem, choć pragnę umrzeć. Męczę się moimi emocjami, lecz nie mogę bez nich żyć. Jestem hipokrytką albo masochistką. Jeśli ocienić moje zachowanie, to zmierzam prostą pochyłą w kierunku płomieni piekielnych, lecz one nie istnieją, więc nie warto się tym przejmować. Nie warto też oceniać i sama przestałam oceniać siebie. Tak okazuję sobie miłość; nie oceniam się. Nadal chciałabym być szczuplejsza, ale nawet tak jak jest, jest całkiem nieźle. Zawsze myślałam, że moje idealne życie zacznie się, kiedy schudnę. Okazało się, że było w tym chuja prawdy. Moje idealne życie dzieje się teraz; stałam się popularna. Serio. Znaczy nie jak taka szkolna gwiazda, czy ktoś, ale w te kilka tygodni poznałam i przekonałam do siebie więcej osób, niż przez całe życie. Nauczyłam się co i kiedy mówić, nauczyłam się być sobą przy innych i wiedzieć, że odbierają mnie pozytywnie.
 Skumałam się z taką grupką chłopaków i trzymam się z nimi. Imprezujemy razem i palimy marihuanę w lasku. Nigdy nie pomyślałabym, że będę piła z tymi osobami, z którymi piję teraz. Zawsze były one niedostępne, zawsze czułam się od nich w jakiś sposób gorsza, czy niewarta ich uwagi. Zawsze chciałam wbić się w te "wyższe" towarzyskie kręgi, ale jakoś nigdy mi to nie wychodziło. Kiedy przestałam się tym przejmować, pewnie dlatego, że przez wczesnowiosenne miesiące myślałam przede wszystkim o samobójstwie, wszystko się nagle ułożyło. Nie musiałam się w ogóle starać, a jak na tacy dostałam to, czego chciałam: popularność. Czy coś zmieniło się w moim wyglądzie? Nie. To ja się zmieniłam, a raczej zmieniłam sposób myślenia. (Czy pragnienie popularności to jakaś mniej wartościowa aspiracja, niż np. dostanie się na medycynę?Jakże ja nienawidzę zamkniętych umysłów!:)
 W ogóle, zaraz opowiem Wam najlepsze, ale wcześniej taka refleksja nad pewną kwestią "dorosłości" tak zwanej. Otóż mentalnie mam może, hm 13 lat. Uważam, że to zajebiście być takim Piotrusiem Panem, odpowiedzialność i stabilność to tak nudne cechy, że mdli mnie od samego patrzenia na ich nazwy na monitorze. Wiadomo, że szkoła wyprała mi mózg, ale oto wracam do świata żywych i chyba odzyskuję moje podejście do życia z czasów, kiedy biegałam z pampersem.
 Wiecie pewnie jak potrzebuję miłości. I czasem mi się zdarza czuć takie rzeczy. Ok, więc w tej grupce chłopaków jest taki Patryś Pan, który, no można rzec, interesuje mnie trochę. Znaczy czasami nawet w chuj bardzo mnie interesuje. Czasem wydaje mi się, że jakaś bardzo głęboko ukryta cząstka jego samego, o której istnieniu nie wie, a nawet jeśli wie, to nigdy się do niej nie przyzna, interesuje się mną również. Mam(y) mieszane uczucia co do niego, to znaczy mieszane uczucia do tych uczuć które do niego żywię(żywimy). Sytuacja jest skomplikowana na 8 w skali 1-10. Ok, może trochę przesadzam, ale jest dość skomplikowana. Zacznę może od tego, jak się poznaliśmy. Mieszkamy około kilometra od siebie, więc zawsze jakaś tam świadomość o wzajemnym istnieniu była. Nie lubiliśmy się nigdy, to znaczy on nigdy nie lubił mnie i nie omieszkał dzielić się ze mną tym faktem. Wszystko zmieniło się kilka tygodni temu, były jakieś wspólne imprezy na których normalnie rozmawialiśmy i oto okazało się że nie jestem tak popierdolona jak wszyscy mówią. I że o dziwo, dorównuję mu inteligencją. Tego się chyba nie spodziewał. Ja tym bardziej. Przez te kilka tygodni zbliżyliśmy się do siebie, nie mogę powiedzieć, że zostaliśmy od razy BFF i spędzamy każdą wolną chwilę razem, ale ciągnie nas ku sobie, jakby nie patrzeć. Może nie pod tym kątem uczuciowym, pod którym ja-idiotka-chcę-spierdolić-wszystko-w-sumie-to-już-to-zrobiłam bym chciała, ale pod kątem tego, że po prostu jesteśmy do siebie bardzo podobni. Przynajmniej ja tak to odbieram. Nie wiem jak on odbiera naszą relację. Nie mam pojęcia. Nie potrafię... kurwa, nie potrafię dopuścić do siebie myśli, że on mógłby mnie lubić, lub mogłoby mu na mnie zależeć, nawet nie jako na dziewczynie tylko jak na przyjaciółce. Nie potrafię za chuja budować już teraz (po Panu K.) zdrowych relacji z nikim. To znaczy może potrafię, ale prawda jest taka, że ta znajomość tak mi zrujnowała psychikę, że będę się zbierała tak jeszcze rok, dwa lata. Wracając do tematu. Pan P. jest dla mnie bardzo miły i nie daje mi powodów, dla których miałabym mu nie ufać. Lub daje, ale nie chcę ich widzieć. Lub daje, widzę je, ale nie potrafię ich zaakceptować. W sumie, nie ważne, jaki on ma do mnie stosunek. Naprawdę. Jeśli chce zostać w moim życiu trochę dłużej, to niech zostanie. Jeśli nie, to trudno, przeżyję to, jak wszystko. Zależy mi na naszej znajomości, bo jest dla mnie wyjątkowy. Widzę w nim jakby odbicie samej siebie. Jesteśmy do siebie bardzo podobni, a z drugiej strony wyjęci z zupełnie innych bajek. Mamy bardzo podobne poglądy w wielu kwestiach, jesteśmy z jednej strony tak samo zepsuci i w ogóle spierdoleni, a z drugiej patrzymy na świat podobnie racjonalnie, widzimy go takim jaki . Mam nadzieję, że poznam go lepiej, zanim spierdolę tę znajomość, ponieważ jestem bardzo ciekawa, co dzieje się w jego głowie. To takie ciekawe, spotkać w życiu osobę tak podobną do samego siebie, że aż chce się z nim zostać i posłuchać tego, co mówi. Dobra, nie entuzjazmuję się za bardzo, bo naprawdę, nie warto, ale w sumie słyszałam od kilku osób, że mamy się z nim ku sobie. To znaczy..ja naprawdę sobie niczego nie wyobrażam, bo to by mnie za bardzo bolało. Nie ma przecież opcji, żeby on zerwał ze swoją dziewczyną i był ze mną, chociaż bardzo bym tego chciała, ale przecież nie wolno mi chcieć. To głupie nieracjonalne pragnienie miłości doprowadzi mnie do obłędu. Wiem, że sama robię sobie krzywdę. Robię sobie krzywdę jakkolwiek spojrzę na tę sprawę, bo każde spojrzenie jest złe.
-on jest heteroseksualnym mężczyzną, ja jestem heteroseksualną kobietą, żadne z nas nie jest tak szkaradne, że trzeba byłoby zakładać mu reklamówkę na głowę podczas wspólnego wypadu na miasto
-co nie zmienia faktu, że on ma dziewczynę, która jest w chuj zajebiście ładna i szczupła i w ogóle, sama bym brała
-co nie zmienia faktu, że nie mam zasad moralnych, żeby się przejmować uczuciami jakiejś laski
-zakładam, że karma ani piekło nie istnieje, a pierwsze przykazanie to: Kradnij. (Drugie: Kłam)
-nie znam go jakoś specjalnie dobrze i co najważniejsze raczej nie jestem gotowa na jakikolwiek związek, bo nawet w taki niepoważny zaangażuję się jak idiotka.
-w sumie to i tak już zaangażowałam się bardziej niż powinnam, mam tylko nadzieję, że z czasem wszystko się ułoży
-kurwa, mam nadzieję, że on ma takie dylematy w stosunku do mnie
-pewnie nie
-pożyjemy, zobaczymy.

Zaufajmy opinii innych ludzi, którzy a)mówią prawdę b)mówią to co chcę usłyszeć czyli, że ciągnie naszą dwójkę do siebie. Jakby nie było on nie wie co ja przez niego przeżywam i ja nie wiem co i czy on cokolwiek przeżywa przeze mnie, Fakty są jednak takie, że wczoraj zostaliśmy w sumie sami po imprezie, stwierdziliśmy, że kupimy sobie jeszcze piwa i fajki, po czym udaliśmy się do jego domu, do jego łóżka i robiliśmy rzeczy których nie powinno się robić, kiedy z obrazka patrzy Jezus. Znaczy nie uprawialiśmy seksu ani nic w tym stylu, w końcu psychicznie mam dopiero 13 lat (on ma 21 więc to nawet nie jest legalne), ale obściskiwaliśmy się, tak jak to robią nastolatki i było fajnie. Rano spaliliśmy po papierosie i poszłam do domu, bo co miałam zrobić. To już drugi raz w ostatnim czasie kiedy kończymy imprezę w swoich ramionach. Nie wiem czy on to robi, bo jest pijany, czy coś do mnie ma, czy jego związek jest szczęśliwy czy nie, bo w sumie kurde, przecież gdyby kochał swoją dziewczynę, to by jej nie zdradzał, nie?
Głupi chłopcy. Niby niższe istoty, a potrafią człowieka skonfudować niczym 5 lat filozofii. Peace.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

1.66

 Wiele spraw kryje w sobie o wiele więcej, niż widzą nasze oczy.

 Nie jest źle. Nie wiem jak jest. Dziwnie normalnie. Oczywiście nie jest dobrze i mam świadomość tego, że za kilka godzin znowu będę zła, smutna, rozczarowana, bezsilna, pusta. Od kilku dni nie mogę się powstrzymać od tego, żeby się nie ciąć.
 Chciałabym wykorzystać tę chwilę względnego spokoju, żeby powiedzieć Wam co teraz zrobię. Albo powiedzieć to sama sobie.
 Sprawdziłam pogodę na kolejne dwa tygodnie i wydaje mi się, że mogę zacząć biegać. Dawno tego nie robiłam, a przydałoby się, bo dupa gruba. Wyjdę dzisiaj na dwie godziny, później pójdę się wykąpać i pojadę z mamą do miasta. Chociaż wyglądam jak hipopotam, to jestem w stanie biec bez przerwy dwie godziny. Lata praktyki? Chyba tak. Może spotkam gromadkę dzików i mnie zabiją.
 Nie wiem co zrobić z jedzeniem. Nie wiem czy nie wrócić do wegetarianizmu. Przynajmniej na miesiąc, na próbę. To chyba dobry pomysł. Będę jadła brokuły i robiła zielone koktajle. Do tego dużo warzyw, codziennie jabłko i jakiś inny owoc. Na obiad kotlety sojowe i ryż lub jakaś kasza. Mam jeszcze pół opakowania pełnoziarnistego makaronu- chyba nie będę więcej go kupować, bo za bardzo kusi mnie, żeby robić spaghetti. Muszę trochę ograniczyć jedzenie. Nie wiem czy liczyć i ograniczyć kalorie, czy jeść na oko. W sumie po tylu latach i tak wiem co ile ma. Może po prostu zacznę zapisywać bilanse.
 Co do reszty ćwiczeń, wracam na siłownię. Będę chodziła trzy razy w tygodniu. Nie będę opuszczać. Nie mogę być dla siebie zbyt pobłażliwa.
 Za chwilę matura. Postanowiłam sobie, że będę się uczyć 3 godziny dziennie. Najpierw zwykłe zadania domowe, potem powtórki do lekcji, następnie coś do matury. Sprawdziany będę rozkładała w czasie, nie mogę sobie pozwolić na uczenie się na ostatnią chwilę. W weekendy 6 godzin na maturę, nie ważne czy będę powtarzać z repetytorium, słuchać lektury czy oglądać wykład. Muszę się czymś zająć, nie mogę myśleć o tym.
 Nie będę myśleć o tym . Za myślenie o tym będę się karała. Nie będę jadła nadprogramowo. Nie będę opuszczała ćwiczeń. Będę spała tyle, czyby móc być na nogach przez cały dzień. Często wracam ok. 17, a przecież później muszę się jeszcze uczyć. Kończy się to tak, że śpię po szkole, a później płaczę. Chyba, że nauczę się drzemać po 20min, wtedy to inna sprawa. Muszę czuć, że mam kontrolę nad swoim życiem. To nie trudny sprawdzian, ale ja sama decyduje o tym, jaką ocenę dostanę. To ja decyduję o tym co czuję. A właściwie nie czuję. Uczucia rodzą komplikacje w życiu, a ja nie mogę pozwolić sobie na komplikacje. Kiedy będzie mi źle, będę się cięła. To złe rozwiązanie, ale na razie wystarczy. Pójdę raz do psychologa, może inaczej spojrzę na to wszystko.
 Nie mogę czuć do ludzi czegokolwiek, muszą być mi oni obojętni. Ich obecność lub nieobecność w moim życiu nie może decydować o tym, jak się czuję. Nie obchodzi mnie opinia innych na mój temat. Czuję się dobrze kiedy mnie chwalą i podziwiają, ale nie obchodzi mnie to. Ostatnio często słyszę, że schudłam. Może rzeczywiście tak jest. Może.
 Z niektórymi osobami powinnam porozmawiać i kazać im spierdalać z mojego życia. Zastanowię się jeszcze czy to zrobić. Niestety, nie wszystkie są warte tego, by do nich mówić.
 Nie zrobiłam postanowień noworocznych. Chyba lepszą opcją jest robienie postanowień na każdy miesiąc. Zakazałam sobie drapać twarz. To w niczym nie pomaga. Wyniosłam lusterko z pokoju, nie przyglądam się sobie w łazience, póki siedzę w domu, mam w dupie to, jak wyglądam. Nie będę trwoniła pieniędzy na gówna. Przed chwilą podjęłam decyzję, że w wakacje wyjadę do pracy i kupię sobie motocykl. Rodzice na pewno będą zachwyceni tym pomysłem, zwłaszcza, że ojciec chrzestny pradziadka od strony mamy słyszał kiedyś od swojego kolegi, który widział w wiadomościach, że ktoś zabił się na motocyklu. Nie, a tak poważnie, to jedyny syn kolegi mojego taty się zabił mając ok 30 lat i perspektywy. Wszystkimi to wstrząsnęło, wszyscy są zawsze tak przejęci. Ja potrafię czuć żal tylko wtedy, kiedy chodzi o moje własne, egoistyczne uczucia.
 To chyba wszystko, spróbuję się jeszcze zdrzemnąć. Dziękuję za wszystkie komentarze, zawsze je czytam i zawsze robi mi się po nich lepiej. Jako jedyne się mną przejmujecie.
 

piątek, 2 stycznia 2015

1.65

 23 Wówczas król powiedział: «Ta mówi: To mój syn żyje, a twój zmarł; tamta zaś mówi: Nie, bo twój syn zmarł, a mój syn żyje». 24  Następnie król rzekł: «Przynieście mi miecz!» Niebawem przyniesiono miecz królowi. 25  A wtedy król rozkazał: «Rozetnijcie to żywe dziecko na dwoje i dajcie połowę jednej i połowę drugiej!»  1Krl,3,23-25

 Wiedziałam, że człowiek taki jak ja popełnia błąd zakochując się. Miłość, co to w ogóle jest. Boli mnie gdzieś w okolicach płuc, to pewnie przez narkotyki twarde, miękkie i al dente. Czy to wszystko to tylko zły sen? Czy kiedy się obudzimy będzie wiosna?
 Miałam ostatnio chwilę na myślenie i stwierdziłam, że warto będzie od nowego roku zapisać się na terapię. Zmiany, zmiany. Chciałam umrzeć, ale nie zdążyłam. Bolała mnie głowa. Tylko śmierć była tak naprawdę pewna.
 Ból nie daje mi spać, nie daje mi jeść. Nie mogę myśleć o tym. Nie mogę. Przypominać. Sobie. Czasami musimy spalić wszystkie mosty. Chociaż serce pęka, tak jest najlepiej. Będę się uśmiechać i patrzeć jak płoną. Bo co mi zostało? Nie mogę tu zostać. Jestem dla siebie najważniejszą osobą i nikt nie może mnie zranić. Sama siebie mogę tylko zranić. To moja żałosna, aczkolwiek inteligentna, wymówka na cięcie się. Po prostu nie umiem znieść bólu. Po prostu jestem masochistką i lubię jak mnie boli. Ale nie w środku, nie, nie, nie tak to działa. Nie będę się skazywać na piekło. Ból fizyczny to taka moja przystań. Dzięki niemu czuję, że nie jestem tak do końca martwa. To wszystko niebawem się skończy.
 Doprawdy, nie rozumiem. Chciałabym, ale kurwa nie rozumiem.
 Dlaczego nie mogę po prostu umrzeć, co to ma być. Byłabym lepsza bez tego świata.
 To już trwa tak długo, niedługo styknie rok. Przez ten czas bardzo wiele dla nas zrobiłam. Naprawdę bardzo się starałam. Nauczyłam się tak pięknie udawać, że wszystko jest ze mną w porządku. Nauczyłam się, że niejedzenie sprawia, że jest się piękniejszą. Nawet zaczęłam jeść mięso. A wegetarianizm był jedyną rzeczą, w którą kiedykolwiek wierzyłam. To była dla mnie naprawdę ważna wartość i tak boleśnie trudno było na powrót zacząć. Ale zrobiłam to, żeby nie myślał, że jestem popierdolona. Całe życie ustawiłam pod niego, całą siebie ułożyłam tak żeby tylko być wartą miłości. Pozwoliłam sobie na zbyt wiele. Pozwoliłam sobie na nadzieję. A przecież wiem dobrze, że w moim życiu historie miłosne pisze się łzami i rozczarowaniem. Jak mogłam myśleć, że tym razem będzie inaczej?
 Sylwester był gruby, spłacam go w ratach. Sala i morale są trochę zdewastowane, ale czegóż miałam się spodziewać? Chciałam po prostu wyjść i zabłąkać się gdzieś w lesie, ale musiałam zostać do końca i lśnić niczym gwiazda i dziękować za przybycie. Miałam poważną rozmowę, po której wywnioskowałam, że jestem zbyt dumna i mam zbyt wiele szacunku do siebie by zadowalać się jakimiś półśrodkami. Wolność albo śmierć. Kurwa.
 Co to w ogóle ma być, że ktoś mi będzie dyktował co mam czuć i co mam robić. Nie w tym życiu. Kurwa, trzeba być naprawdę wyjątkową i zajebistą osobą żeby mnie kochać. Wiem, bo sama kocham siebie. Czy ja jestem niewystarczająco dobra? O nie, to ja przytrafiam się innym, to o mnie pisze się wiersze. Gwiazdy świecą najmocniej tuż przed swoim upadkiem. Pokazać Wam jak się spada z dachu?

niedziela, 28 grudnia 2014

Któryś tam.

Szkoda mi rodziców. Bo wiem że bardzo mnie kochają i jestem dla nich najważniejsza i jestem dla nich nadzieją . Wiem że powinnam się ogarnąć i chociaż zdać tę głupią maturę ale tego nie zrobię, a nawet jeśli zrobię to już nic po tym nie będzie bo powinnam UMRZEĆ UMRZEĆ UMRZEĆ. Łzy skraplają się w powietrzu i już nie wiem co mówić i co pisać, Powinnam się zabić, boże jeśli istniejesz to tak mi przykro.
Tak rzadko płaczę, ale kiedy płaczę to płaczę już tak naprawdę nad wszystkim, nad tym co ,mnie minęło i co mnie spotkało, w ogóle po co jestem taka brzydka i gruba i głupia. Cztery bite godziny szykowałam się na te głupie urodziny a wszystko to jak krew w piach bo zawsze będę nikim szczególnym i zawsze będę w razie pierwszą osobą do śmierci. Powinnam wbić sobie wszystkie możliwe ostre narzędzia w domu w ręce ale tego nie zrobię żeby moi rodzice się nie niepokoili.. Lepsze są ukryte miejsca. Boże, przepraszam i w ogóle przepraszam wszystkich. Powinnam być milionerką i wybudować rodzicom domek w Norwegii,z widokiem na fiordy i taki wiktoriański bordowy, ale tak nie będzie, bo wcześniej wbiję sobie dziesięć żyletek w gardło, bo nie zasługuję na nic w ogóle. Powinnam każdy możliwy nóż zapoznać z moimi policzkami i pozwijać się z bólu trochę i jeszcze trochę żeby stracić przytomność, żeby cierpieć tak jak ci którzy mnie niedługo stracą i będą ronić te smutne mokre łzy nad osobą która nie jest tego warta. Boże, proszę, jeśli istniejesz, zabierz mnie do domu, bo Ty myślisz że jestem silna i że dam sobie radę, ale prawda jest taka że jestem najsłabsza na świecie i powinnam spłonąć na stosie za to co robię moim bliskim i szczególnie za to co robię sobie bo niby..po prostu zostało mi już tylko usiąść i płakać i wszystkim. którzy kiedykolwiek we mnie wierzyli też. Nie umierajcie kochane, bo jesteście warte życia.

czwartek, 20 listopada 2014

1.63

Świadomość wszystkich nas przemienia w tchórzy,
Rumiany odcień naszej stanowczości
Blaknie, pokryty bladą barwą myśli,
A przedsięwzięcia rozległe i ważkie
Z przyczyny owej w nurt wpadają kręty
I gubią imię czynów.

 Opłakuję swe złudzenia. Postanowiłam upić się od razu po szkole. Czy to żałosne? W sumie, nie piję sama, mam przecież moje głosy w głowie. 2:1 za niszczenie osiemnastek.
 W tym wypadku sprawa jest na tyle beznadzieja, że moje kochanie nawet się nie domyśla. Bo niby jak? Chluśniem, bo uśniem. W każdym razie potrafię dobrze udawać, a w udawaniu obojętności nie ma mi równych. Może, jeśli nie wyjdzie mi z byciem kapitanem albo milionerką, to zostanę aktorką. Nadawałabym się do tego, głupia i pusta, w sam raz żeby naśmiewać się ze mnie w pismach. Ale się wjebałam. Sama jestem sobie winna. Sama siebie zabiłam. Mogłabym być bardziej odpowiedzialna. Nie wiem co jest w tym wszystkim najgorsze, chyba moje tchórzostwo. Powinnam mu w końcu powiedzieć. Może atmosfera by się oczyściła itp. Pewnie spaliłabym się ze wstydu, a potem podcięła sobie żyły, ale to i tak lepsze od..właśnie od czego? Na pewno nie od niepewności, bo przecież dokładnie wiem co on do mnie czuje, a raczej czego nie czuje. To po prostu obłęd. Nie potrafię nawet zapanować nad myślami, które pojawiają się w mojej głowie. Widzisz drzazgę w oku przyjaciela, a nie dostrzegasz belki w swoim.
 W ogóle, zazdrość to nie jest moja cecha. Kiedy akurat nie mam depresji (raz na 3 dni) jestem wyjątkowo pewna siebie. Przecież wszystko mogę mieć, przecież wszystko mogę osiągnąć i to z minimalnym nakładem pracy, bo przecież ja to ja, mensa i te sprawy.
 Już sama siebie nie poznaję, kim ja w ogóle jestem? Jaka jest teraz definicja mnie? Jakie mam cele? Czy postępuję tak, by codziennie przybliżać się do osiągnięcia tego, co sobie wcześniej założyłam? Motywacyjna gadka. W gruncie rzeczy i tak nic nie ma znaczenia, bo po śmierci i tak wszyscy skończymy 3 metry pod ziemią, zamieniwszy się wcześniej w nicość. Warto byłoby trochę zaszaleć po drodze. Ja czasami szaleję, szczególnie kiedy piję, szczególnie kiedy piję sama (mam 18 lat, więc mi wolno). Tak bardzo chciałam ratować świat, co się stało? Co mnie zmieniło? Decyzja o zaprzestaniu niejedzenia mięsa pociągnęła za sobą szereg nieprzewidzianych skutków. Bądź co bądź, była to jedyna rzecz, w którą naprawdę wierzyłam. To utrzymywało mnie w sferze jako tako względnej normalności. Kiedy człowiek traci wiarę,(nie, nie zrobiłam tego po to, żeby być bardziej wartą miłości, wcale) zmieniają się też inne rzeczy. Nie mam już żadnych priorytetów, a przecież najważniejsze w życiu jest to, za co moglibyśmy umrzeć. Co za paradoks. Chciałam być silnym, niezależnym mięsożercą, a cała się rozsypałam. Naprawdę, człowiek potrzebuje w coś wierzyć, szczególnie taki słaby człowiek jak ja.
 Płaczę/ piszę/ piję z tego samego powodu co zwykle. Zakochałam się.

poniedziałek, 17 listopada 2014

1.62

Na świecie ma się do wyboru tylko samotność albo pospolitość. 

 Wszystko zaczęło się od tego, że się zakochałam. Patrzę przez okno, a gwiazdy wykrzykują jego imię. Mam tego dość. A najbardziej dość mam tych pierdolonych zmian emocjonalnych. No ja nie mogę. Dzisiaj i wczoraj dla przykładu- na niczym i na nikim mi nie zależy. Ot tak, bo akurat Mars ma takie ustawienie względem słońca.
 Nienawidzę tego uczucia niepewności. Co będzie mi jutro? Jako jaka osoba się obudzę? Może lepiej byłoby nie budzić się wcale, wybawić świat od zła które we mnie siedzi.
 Nie poszłam dzisiaj do szkoły. Kolejny sprawdzian do tyłu. Mam już 3 do napisania, jeden z historii, dwa z matmy. A miałam takie dobre oceny! Muszę wziąć się w garść, przynajmniej ze szkołą. Nie może się przecież wydać, że jestem głupia.
 Skurczył mi się żołądek, albo smutek powoduje niemożność jedzenia. Zwykle jadłam więcej, nie tak dawno temu wpieprzyłam nawet całą miskę spaghetti. Dzisiaj mój obiad składał się z kawałka kurczaka i kilku brukselek. W dalszym ciągu nie widzę, żebym chudła, ale ostatnio zaczęłam jakby mieć kolana. To chyba sukces, nie wiedziałam, że mam kolana. Przynajmniej ćwiczę i trzymam się diety.
 Jestem tak bardzo niewystarczająco dobra! Nie wiem, jak w ten cały plan dnia wcisnąć jeszcze naukę matmy, fizyki i informatyki. Cóż, stwierdziłam, że jestem i zawsze byłam słaba z tych dziedzin, więc wypada się ich nauczyć. System edukacji trochę wprowadził mnie w błąd, przyszywając mi łatkę humana-analfabety matematycznego. JESTEM KURWA WSZYSTKIM.
 Powinnam zacząć brać jakieś tabletki. Muszę zacząć brać jakieś tabletki. Przecież sobie tego nie wymyślam noo, przecież potrzebuję pomocy. A wszystko to dlatego, że się zakochałam.
 

niedziela, 16 listopada 2014

1.61

Przestać pić
Mieć czas
Pisać wiersze
Być szczęśliwym
Być w szczęśliwym związku
W związku z czym?

 Płatki z mlekiem to dobry wybór na dziś. Sypię płatki i nalewam mleko, oczywiście 0,5%, tak robią grubi i sfrustrowani. Sprzątam płatki, które spadły na podłogę. Zawsze byłam zła. Nie są dobre, rezygnuję. Piję wodę z kwaskiem cytrynowym, bo cytryna i tak nie sprawi, że będę warta miłości, więc po co pierdolić się z rozkrajaniem i wyciskaniem.
 Jeśli muszę i wybrać będę mógł jak odejść to przecież dobrze i dobrze o tym wiesz chciałbym umrzeć przy tobie.
 Płatki je Lucyfer, mój kot. Chowam mleko do lodówki, a miłość wrzucam do pieca i patrzę jak płonie. Szmata i tak przetrwa. Palę papierosa. Palę papierosa, a później jeszcze dwa. Wracam na górę. Mamy takie ciekawe sufity w domu.
 Wszystko było dobrze, dopóki się nie zakochałam. Zakochałam się 31 stycznia tego roku, bo było mi smutno i jest nadal. Nie wiem czy warto się przeze mnie kłócić, gdybym chociaż była ładna. To co porobimy dzisiaj? Cafe de flore i Calineczka, będzie wspaniale. Może też trochę samookaleczania, Póki co urosły mi tylko mięśnie na przedramionach i ego.
 Czekam do pierdolonej matury i kończę to. Trzeba zrobić porządek. Nie chcę łatwo, nie za sto lat, chciałbym umrzeć z miłości. Boże, najgorsze jest to, że na niczym mi nie zależy. Jestem jak aktorka w teatrze, przyglądam się przedstawieniu, którego nie jestem częścią, chociaż znam na pamięć wszystkie dialogi. Trzeba mu powiedzieć.
 Boli mnie łydka, wczoraj miałam masakryczny skurcz. Zakochałam się kurwa. Zakochani ludzie robią różne głupoty. Potrafię tylko niszczyć. Nawet kiedy się nie staram. Owijam się kocem. Może jeszcze jeden papieros. Powietrze może podsycać ogień, ale czasami go gasi. To zupełnie jak z nami. Z parapetu za oknem spadła doniczka do której wrzucałam papierosy. Skaczę na łóżku. Lubię ptaki i drzewa, Jest jesień, psychicznie jest trudniej. Świat wypadł mi z moich rąk. Jeszcze dwa papierosy, Nie ma żadnych bogów, nie oszukujmy się. Trzeba mu powiedzieć. Chodziło o miłość.

niedziela, 2 listopada 2014

1.60

Najlepszy sposób robienia sobie krzywdy to spodziewane się czegoś dobrego.

 Stan z lekka tylko samobójczy. 
 Kilka razy zabierałam się już na napisanie tutaj. Ba, nawet napisałam, ale nigdy nie miałam odwagi nic opublikować. Wstyd mi, że jestem już taka duża, wszystko, czego chcę, mam właściwie podawane na tacy, a i tak nie jestem szczęśliwa.
 Od trzech miesięcy nic się nie zmieniło, od roku nic się nie zmieniło. Nadal to samo, nadal w kółko ten pieprzony schemat pt: "depresja-euforia-depresja". Bez dnia przerwy, chyba że akurat spędzam cały dzień w łóżku, wtedy nie mam za bardzo czasu na stan psychiczny, ale psycholog pewnie powiedziałby, że to depresja. W mojej głowie wszystko odbywa się bez ładu i składu, w ciągu ostatniego miesiąca przewartościowałam wartości i zmieniłam swoje życie chyba 16 razy.
 Pewnie jeszcze nie wiecie (bo skąd), rzuciłam wegetarianizm (tutaj wymienić przyczyny z których żadna nie jest dobra, a najbardziej żałosna jest ta, że chciałam, żeby mnie kochano).
 W szkole bezproblemowo, chociaż poświęcam nauce minimalną ilość czasu, zwykle gdzieś około 4 nad ranem. Psychopaci są dość inteligentni.
 Wpadłam sobie w obsesję, która polega na tym, że chcę żeby pewna osoba mnie kochała, ale robię wszystko tak, jakbym miała odwrotny cel. Wbrew pozorom to logiczne, bo w końcu, skoro jestem jedną wielką sprzecznością, to będę podejmować działania sprzeczne z tym co chcę osiągnąć. Nie pogadasz.
 Teraz śmieszne, od września chodzę na siłownię i racjonalnie się odżywiam, ale nic to nie daje. Nie ma to jak silna motywacja poprzez widoczne efekty! Pewnie jestem jeszcze większa i brzydsza niż na początku, ale wszyscy wmawiają mi, że jest inaczej.
 Przeżyłam dzisiaj/wczoraj najgorsze upokorzenie ever. Oczywiście upokorzyłam się tylko sama przed sobą, ale przeżywam to, bo moja opinia jest dla mnie bardzo,bardzo ważna. Zabiłabym siebie, ale ja to też ja, a siebie bym nie chciała, jeszcze nie teraz. Nie planuję się zabić (na razie), ale noszę się z zamiarem znalezienia w tym syfie jeszcze w miarę ostrej żyletki, bo w końcu jakoś trzeba rozładować agresję, a nie chcę na innych. Nie mogę niestety ciąć się po nadgarstkach, chociaż to moje ulubione miejsce, ale raczej nie będę miała problemu ze znalezieniem innego wolnego kawałka skóry, z taką masą mam jej pod dostatkiem. 
 Wbrew obiegowej opinii, moje zmiany nastroju nie zależą ode mnie i nie umiem nad nimi zapanować. Tłumaczę, gdyby ktoś jeszcze nie wiedział. Wyraźnie słyszę już w głowie myśli, które nie należą do mnie. Zwykle każą mi się zabić, albo zrobić sobie jakąś inną krzywdę. W kółko powtarzają, że nie zasługuję na miłość i nikt mnie nigdy nie pokocha, a życie które prowadzę to kara za grzechy przeszłości i przyszłości, bo jestem cholernie złym człowiekiem. Mają rację, ale ignoruję je. Żeby było jasne, tnę się rekreacyjnie. Pomaga mi to, ale nie jest to ucieczka od problemów. Przecież i tak nie ucieknę. I nie mam problemów. Poza wspomnianą wyżej osobą wszystko, absolutnie wszystko układa mi się idealnie. Wracając do tego, jaka to jestem pokrzywdzona moimi zmianami nastrojów, każdy z nastrojów ma charakterystyczne dla siebie poczucie własnej wartości. Wartościuję też sobie ludzi i ich poglądy, to jest dopiero zabawa. Zwłaszcza, że zdanie zmienia mi się średnio co trzy dni. Prawie nigdy się nie nudzę. Cały czas szukam sobie nowych prawd, którymi będę kierować się w życiu. Ostatnio na przykład jestem egoistyczną nihilistką. Karma pewnie szykuje już dla mnie jakąś niespodziankę, o, niech zgadnę, może niech z nikim nie będę, albo niech z nikim nie będę, może też opcja hard: niech nigdy w życiu z nikim nie będę, bo nie zasługuję. Tak, to dobra kara za to, że urodziłam się popierdolona.
 Dobra kwiatuszki, idę uwolnić trochę bólu psychicznego, trzymajcie się i pozostańcie silne.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

1.59

Zdrowie psychiczne to stan niedoskonałości.

 Chciałam walczyć- nie było z kim ani o co.
  Dobre pytanie i zacznijmy może od niego, czy my wszyscy w ogóle istniejemy? Bo mnie akurat w pełni satysfakcjonuje wiara w teorię, że jesteśmy tylko mózgami w słoikach, coś w rodzaju matrixa tylko bez furtek i innych badziewi. Mózg w słoiku nie wie że jest mózgiem w słoiku, tak samo my nie wiemy kim jesteśmy i czy w ogóle istniejemy jacyś my. Nawet nie musimy się wysilać żeby to sprawdzić, wraz z momentem urodzenia dostajemy na tacy wszystkie odpowiedzi na nurtujące nas pytania. Kurde, jak ja zazdroszczę dzieciom ateistów. Kiedy byłam mała zrobiono mi pranie mózgu. Miałam nic nie pisać, ale napiszę, niech tam urażę kogoś, wszak i tak nienawidzę ludzi. Wkręcanie biednych dzieci w ceremonie religijne to jedno, ale wmawianie takim, że są jakimiś złymi-grzesznymi-tylko-ludźmi  zasługującym na potępienie, jeśli nie będą się słuchać mamy? To jest chore i pokręcone.
 W ogóle, wszelkie kościoły...mogę się oczywiście mylić, ale jak tak patrzę na religie ogólnie to zakładam, że to dobry sposób na utrzymanie bydła, ekhm, ludzi w jako takich ryzach. Wiecie, nie zabijaj, nie kradnij, bo bozia przyjdzie, przetrzepie ci dupsko, a jak będziesz grzeczny, to może nawet dostaniesz cukierka, o i jeszcze raj. Masz człowieku jasne zasady i się nimi kieruj, tego właśnie ci potrzeba, zasad, ram, dróg wyznaczonych, tego potrzebujesz, kurwa mać.
  W sumie, za mało ufam sobie. Zauważyłam, że przez całe życie słuchałam innych i na ich opiniach budowałam swoje własne. Dawanie-dupy. Tak to się nazywa. Chyba nie mam wybitnie szacunku do samej siebie, skoro słucham innych ludzi. Głupie, kiedyś taka nie byłam. Urodziłam się z zupełnie innym charakterem, takim bojowym, a nie z tym plugawym, sztucznym, ciągłym zawieszeniem między chcę, ale się boję. Czy mnie naprawdę stać tylko na tyle? Byłam małym inteligentnym jebańcem, a teraz jestem tłustym domowym kotem. Jebaniec to w moim słowniku pozytywne określenie i bardzo je lubię. Ogólnie lubię przeklinać, w ten sposób pozbywam się agresji. Lubię też narkotyki i jednonocne przygody, chociaż tych ostatnich jeszcze nie doświadczyłam i w najbliższej przyszłości jak mniemam nie doświadczę.
 Ładne są wakacje. To chyba ostatnie takie wakacje, że mogę sobie leżeć i jeść. Kto wie, co będzie za rok. Kto wie, co będzie jutro?

sobota, 19 lipca 2014

1.58

 Każdy dzień ciągnie się przez całe wieki, co jest dziwne, ponieważ dni – w liczbie mnogiej – mijają w pędzie.

 Kiedy człowiek straci całą nadzieję zaczyna pojmować dopiero czym jest prawdziwa wolność.
 I co teraz zrobimy? Bo ja w sumie widzę dla siebie tylko dwie drogi. Pierwsza: przeciągnąć zdobywanie świętych szczytów wiedzy najdłużej jak się da, po czym wpakować sobie kulkę w czoło. Druga: zostać milionerką i mieć wyjebane.
 Kurde, gadam od rzeczy. W każdym razie, jest dobra wiadomość, nauczyłam się płakać dla kogoś innego. Ha! Szach mat, zakochanie jest niczym innym jak tylko uzależnieniem od myślenia. Musiałabym przekreślić wszystkie lekcje które wyciągnęłam z przeszłości, żeby dalej wierzyć w jakieś uczucia i takie tam. To takie racjonalne, jestem teraz taka dorosła i cyniczna. Zabijam się powoli.
 Rzadko kiedy płaczę, ostatnio płakałam na "Służących" a jeszcze wcześniej na "Café de flore". Właściwie nie pamiętam kiedy ostatnio płakałam z powodów czysto osobistych. Niektórzy płaczą ze złości albo z bezradności. Dla mnie właściwie najgorszym uczuciem jest utrata kontroli. Wariuję wtedy, wbijam sobie paznokcie w nadgarstek, chyba że mam żyletki albo inne ostre narzędzia, wtedy się tnę. Niby klasa maturalna i w ogóle, ale widać jak jest, emo zawsze pozostanie emo. Muszę sobie znaleźć jakieś produktywne zajęcie, bo zeświruję już całkiem. Godziny ciągną się jedna za drugą, co ja kurwa robię ze swoim życiem. Zrobię coś pierwszy raz, utworzą mi się nowe połączenia w mózgu. Trójkąt to właściwie figura idealna, co nie? Posłucham jazzu, nigdy nie słuchałam.
 W sumie, czuję się teraz jak w paryskiej kafejce. Pewnie w Paryżu nie ma już kafejek. Lata dwudzieste dawno za nami. Kończy mi się woda mineralna, a mam jeszcze dwie cytryny, co daje cztery szklanki picia. Najwyżej przerzucę się na zieloną herbatę, ale nie powiem, trochę schizuję, kiedy mam zejść w nocy na dół do kuchni. Już sama siebie nie poznaję w lustrze, dziwna się zrobiłam ostatnio.
 Dzisiaj był taki ciepły dzień. Zaczęłam ostatnio zbierać pióra, bo lubię ptaki. Jeśli jesteś mały, jeśli jesteś poszukujący, mam dla ciebie karmnik, na którym możesz przycupnąć. Chciałabym w te wakacje wsiąść do pociągu i jechać nad morze, obejrzeć zachód, obejrzeć wschód i wrócić. Bez żadnego plażowania, to nie dla mnie. Nienawidzę ludzi i nienawidzę słońca. Zostało mi 20zł, może 23 jakby pozbierać wszystkie drobne. Pewnie wydam to na zioło, ostatnie pieniądze dobrze jest wydać na narkotyki, szczególnie kiedy masz 18 lat i perspektywy.
 Cały czas noszę się ze złudną nadzieją na odmianę mojego losu. Może wygram w lotto, albo mnie oświeci. Może pewnego dnia usiądę przy komputerze, ni stąd ni zowąd zacznę grać na giełdzie, zarobię milion w tydzień i wydam niemal wszystko na alkohol, koks i dziwki, a resztę na bzdury. Mam taką bujną wyobraźnię. Gdybym dobrze to rozegrała, mogłabym wyjść z tego bogata, rzucić szkołę, zacząć pisać książki, ratować zwierzęta w schroniskach, tylko kurde, zgubiłam gdzieś po drodze tutaj tę iskrę, która wcześniej pchała mnie do przodu. Co mi zostało, patrzeć w niebo i czekać kurwa na miłość, czy jak tam to zowią. Żartuję, na apokalipsę i aniołki, peace.

środa, 9 lipca 2014

1.57

 W dupie mam wszystko, a w duszy- spokój.

I będą mi mijać dni. Przynajmniej przez najbliższe dwa miesiące. Bez stresu, bez codziennego pierdolenia chodzenia do szkoły. W końcu mogę się skupić na sobie, nie muszę patrzeć jak życie przecieka przez palce mnie samej i mi podobnym. Samotność działa na mnie jak chłodny prysznic, w dzień, w którym powietrze jest tak gorące i wilgotne, że parkiety falują mimo włączonej klimatyzacji, nastawionej na 0K. Żebyśmy tylko umieli żyć tak, jak wyobrażamy to sobie w naszych głowach. Powoli zaczynam oddychać. Nie wiem czy wszyscy tak mają, pewnie tak, ale po 10 miesiącach widzenia ciągle tych samych twarzy, słyszenia w kółko tych samych zdań, tych samych problemów, jedyne czego chcę, to zamknąć się w moim pokoju i nie wychodzić z niego przez całe wakacje. Nie żebym nie lubiła ludzi ze szkoły. Lubię ich, na swój sposób, a niektórych nawet szanuję, o.
 Wakacje to taki dziwny stan umysłu. To jak powrót do dzieciństwa, kiedy nasze głowy były otwarte, a serca czyste. Jakie decyzje podjąć i gdzie one prowadzą? To jak wybierać między dziewięćdziesięcioma dziewięcioma białymi owcami i jedną czarną. To dokładnie to. Mnóstwo bezpiecznych przyszłości. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie siebie za dziesięć lat. To tak jakbym w wieku ośmiu wyobrażała sobie siebie teraz. Przyszłości nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Na nasze szczęście, rzecz jasna. Życie nie byłoby ekscytujące, gdybyśmy wiedzieli co się zdarzy. Nic nie byłoby w stanie nas zaskoczyć. Nie wiem, którą drogą pójdę. Wiem tylko, że człowiek, który skacze do nieba może upaść. Ale może też poszybować w górę. Czy zaryzykuję upadek, żeby mieć przynajmniej lichą szansę na wzbicie się do lotu? Nie jestem taką osobą która długo myśli. Głupia odwaga, a może szaleństwo. Pewnie to drugie.
 Ostatnio dręczy mnie pewna myśl; że na niczym już mi nie zależy. W ciągu ostatnich miesięcy straciłam wiele, jednak nie załamałam się. Pozostaję silna w postanowieniu, by nie wracać myślami do przeszłości. Przeszłość jest ciężarem u nogi, kamieniem, który będzie ciągnąć nas w dół aż nie uderzymy o twarde dno oceanu wspomnień i nie zatoniemy, i nie zatoniemy. To tylko iluzja, bo przeszłość istnieje tylko w naszych głowach, czyli właściwie nigdzie, bo i je za dziewięćdziesiąt lat przykryje gruba warstwa ziemi i zamilkniemy na zawsze. Czy to jest chore, że przestałam czuć, że nie mam właściwie żadnych uczuć odnoszących się do tego co było? Staram się czuć tylko dzisiaj, tylko w tym momencie. Codziennie uświadamiam sobie, jak wielkie szczęście mam. Co będzie, jeśli pewnego dnia okaże się, że nie mam nic? Gdzie pójdę, jeśli nie będę pamiętała, gdzie jest mój dom? Najłatwiej byłoby zostawić przy kimś duszę, gdzie byłaby bezpieczna i czekała na nasz powrót. Kiedyś popełniłam ten błąd. Kiedyś zostawiłam moją duszę przy kimś i przez bardzo długi czas był to mój jedyny azyl. Miejsce, do którego mogłam wrócić. I wracałam często. Paradoksalnie, powroty były jeszcze bardziej bolesne, niż rzeczywistość. To tak, jakbym wracała do domu, w którym jestem bita do nieprzytomności i przypalana rozgrzanym pogrzebaczem. Home, sweet home.
 Na szczęście, skończyłam. Nie wiem kiedy dokładnie to nastąpiło, ale zajęło mi ładne trzy lata. Absolutnie zmarnowane trzy lata, bo kiedy żyjemy dniem wczorajszym, marnujemy coś bardzo cennego, dzień dzisiejszy. I potem dziwimy się gdzie się podziały te wszystkie kartki z kalendarza.
Teraz ja i Pan S. mamy, można powiedzieć, koleżeńskie stosunki (które zwykle zacieśniają się wprost proporcjonalnie do ilości wypitego alkoholu), ale to jeszcze bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, nie był on osobą wartą moich uczuć tudzież duszy. (Tudzież znaczy to samo co "i"). Ale, wybaczyłam to sobie. Wybaczyłam sobie te wszystkie noce i szare dni, w których nie marzyłam o niczym innym, jak ponownie przeżyć 31/3/12 i czasy przedtem. Teraz widzę, że to zaprowadziło mnie nigdzie. Że przez te trzy lata nie zrobiłam żadnego progresu, oglądałam się tylko do tyłu, bojąc się utraty tego co uważałam za najcenniejsze- miłości. Każda miłość, nawet ta najnieszczęśliwsza daje człowiekowi poczucie bezpieczeństwa. Że do kogoś należy, że nie musi już dłużej szukać. Czasami tylko myśląc w ten sposób jesteśmy w stanie znieść ból dni codziennych. Bo mamy świadomość, że gdzieś tam istnieje źródło bólu, które oberwie nasze ciało od kości, a duszy pozwoli spokojnie rozpłynąć się w słodkim szczęściu. Że istnieje coś więcej niż kolejna data, kolejna kawa o poranku, coś ponad cały ten syf, biedne zwierzątka, poLItykę (już nawet piszę z akcentami,nice) i chociaż będąc już na granicy rozpaczy, będziemy pamiętać że gdzieś tam, gdzieś tam w środku mamy naszą miłość i nasz dom.

I choćby moim kolejnym krokiem w przód miałby być krok w przepaść, nie zawaham się. Życie iluzją nie jest życiem, a procesem powolnego umierania. Tylko prawda nas wyzwoli.

wtorek, 13 maja 2014

1.56

 Byłam jak stara aktorka tragiczna, która powraca do teatru, kupuje bilet na balkonie i ogląda, siedząc w półmroku, zawiedziona i bezsilna, sztukę, w której kiedyś grała główną rolę. Powtarza szeptem kwestie, patrząc na ruszającą się kurtynę, wyobraża sobie dyskretne poruszenie za kulisami, zna je na pamięć, kulisy i ciepły ostry zapach wieczorów premierowych i przypomina sobie swoją garderobę, lustro, hołdy, tremę i bukiety, ale to nazwisko innej wypisano na drzwiach i woźny, którego nigdy nie widziała zabronił jej przed chwilą wejść wejściem dla artystów.


 Poniedziałek, przepraszam, wtorek. Za chwilę trzecia. Po pokoju lata mi mucha. Niech sobie lata. Jest jedną z tych natrętnych i bzyczących. Zauważyliście, że niektóre muchy siedzą sobie spokojnie na ścianach, a kiedy wzbiją się do lotu, nie słychać ich nic, a nic, a niektóre przeciwnie latają w kółko jak pojebane siejąc zamęt. Najgorzej, kiedy podleci człowiekowi do ucha. BzzzzzzzzZZZZZZZZZZZZZZ. Przejeżdżanie paznokciami po tablicy i szorowanie widelcem o talerz nijak się ma do tego okropnego odgłosu.
 O dziwne, teraz nie słychać jej kiedy lata. Może mam w pokoju dwie muchy, albo miliard? Kto wie. Skąd mogę wiedzieć.
 Od czego to bzyczenie lub niebzyczenie w ogóle zależy? Od płci? W takim wypadku hałasowałyby samczyki, żeby zwabić chętne panie. Jestem trochę samczykiem, lubię hałasować i się starać. Chociaż, rzadko kiedy to robię. Nie, robię to ciągle, ale tak subtelnie, że nikt nie jest w stanie tego zauważyć. Czyli, praktycznie tego nie robię, skoro wiem o tym tylko ja. Jeśli coś istnieje tylko w mojej głowie to nie istnieje w świecie rzeczywistym. Chyba że w jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Anastazja Vandie to taka trochę moja alternatywna rzeczywistość. Wyobrażam |jąsiebie| sobie jako dziewczynę piękną, o delikatnych rysach i tanecznym kroku. Kiedyś nią będę. Będę miała białe, długie falowane włosy, ładną figurę i mleczną cerę. I ludzie będą się ze mną liczyli i mnie znali. Może założę zespół, to teraz takie modne.
 Muszę do niej dążyć, muszę się nią w końcu stać, to mój cel. Łatwo jest wykreować sobie w głowie idealną wersję siebie, gorzej z samym procesem stania się nią. Ale tego właśnie chcę, prawda? Tak, chcę. Jaki jest sens tkwienia dłużej w tym samym miejscu, w którym nie jestem szczęśliwa, w którym jestem nijaka? Czy Anastazja będzie miała bałagan w pokoju? Jasne, że tak. Sprzątanie nie jest jej bajką. Czy będzie charyzmatyczna i inteligentna? Już jest. Ma te cechy zapisane w genach. Musi tylko je uzewnętrznić.
 Kiedy byłam mała, wierzcie lub nie, ale ludzie tańczyli tak jak im zagrałam. Potrafiłam to kiedyś, potrafię i dziś. To żadna filozofia, wystarczy wziąć łapatę i kopać tak długo, aż znajdę tę dziecięcą umiejętność, odkurzę ją, przemaluję na kolor nowości i voila. Najpierw pewność siebie, później charyzma. Pewności siebie też mi na szczęście nie odmówiono, ani zdolności przywódczych, ani odwagi. Te cechy trzeba tylko znaleźć, one są gdzieś we mnie, przecież znam siebie tak dobrze i nikt mi nie wmówi, że ich nie posiadam bo posiadam, kurwa, a jeśli ktoś myśli inaczej, niech wie, że mam jego zdanie tam, gdzie kończy się szlachetne miejsce zwane plecami. Jeśli ktoś wie co to klasyczny rachunek zdań (nie tracę nadziei) to miałby mistrza, gdyby zapisał schematycznie to poprzednie (w domyśle zdanie). Liczę na zbyt wiele? Mam 18 lat i przeczytałam 'Logikę dla opornych" autorstwa  Krzysztofa A. Wieczorek. Wieczorka. Powinnam odmienić? Niektórzy wolą swoje nazwiska w wersji odmienionej, inni nie. W sumie, nie wiem jak jest poprawnie po polsku. Sprawdzę to później, nie mogę zapomnieć, to ważne. Nie przystoi mi popełniać gaf językowych, jestem dużą dziewczynką z humana.
 Wracając do much i ich dźwięków. Najbardziej prawdopodobne jest, że to ich śpiewy godowe i tyle. Podobnie jak ćwierkanie ptaków czy cykanie koników polnych. Ale nie muszę w to wierzyć. Jeśli w to uwierzę, będę skazana na życie w rzeczywistości 1.0, a ja tak nie chcę. To nudne. To zwyczajnie, kurwa, nudne i tracę wiarę w ludzkość kiedy widzę, że 99% ludzi wybiera rzeczywistość 1.0, bo tak jest najłatwiej. Co ja, urodziłam się czterysta lat za wcześnie, czy jak? Czy może za późno, a może w ogóle w złym kosmosie? Przypadki się zdarzają. Jestem kartką w kwiatki, poezję i krew włożoną między strony encyklopedii. Co ja tu robię? Najchętniej zrobiłabym z resztą kartek to samo, co Bóg/Szatan/Wszechświat/Czarna Materia/Ra/Zeus/Chaos/Wielka Bogini Matka zrobił/a/li ze mną. Każdą definicję przyozdobiłabym ramką, każdą literę poprawiłabym pachnącym brokatowym długopisem i dodała kaligraficzne niuanse; pętelki, falki, spiralki, wesołe lub przepełnione smutkiem/żalem/nienawiścią/melancholią/tęsknotą za rajem utraconym. I choćby miałoby mi to zająć miliard lat, nie odpuściłabym, dopóki każdy jeden człowiek nie zainstalowałby w swojej głowie rzeczywistości minimum 1.1.
  Niestety miliarda lat tu, na Ziemi raczej nie mam. Piszę raczej, bo skoro wszystko jest możliwe, a miliard lat życia to w gruncie rzeczy też jakieś tam "wszystko". Ciekawe czy ten kto wymyślił ten aforyzm/tę złotą myśl/to hasło/to pryncypium/tę sentencję dobrze się nad nią/nim zastanowił, zanim puścił w obieg. Ten człowiek pewnie już nie żyje. Ciekawe, czy wie, że jego myśl nadal jest obecna na Ziemi. Czy wie, że zmienił świat, pozostawił go lepszym, dając mu nadzieję, zawartą w tym jednym, prostym zdaniu.
 WSZYSTKO JEST MOŻLIWE.
 Jak dobrze pójdzie (a na pewno pójdzie dobrze), to stuknie mi setka z hakiem. Nie jem mięsa, piję rzadko, ćpam rozsądnie (obawiam się że to oksymoron, ale po co zawracać sobie tym głowę). Z resztą, co ja Wam będę tłumaczyć, w "Sleeping Beauty" było, że "Człowiek od zawsze zażywał narkotyki. Są aspiryną dla duszy". Ha, mogę w to sobie wierzyć, w coś wierzyć trzeba. Czy wiara w cytat z filmu jest gorsza od wiary w cokolwiek innego? Czy wiarę można klasyfikować? Ustawiać w szeregu, poczynając od wierzeń najmniej istotnych do tych o wadze większej niż cały wszechświat? Człowiek (łysa małpa) jest zdolny do wszystkiego. To głupia, głupia istota, która uszeregowała wszystko, od bakterii, roślin, zwierząt aż po wyznania, wachlarz kolorów swojej skóry, wartość odżywczą produktów, rodzaje muzyki, wszystkiego, wszystkiego, co składa się na jego rzeczywistość. Uporządkowaną rzeczywistość 1.0, w której przyszło nam żyć, która napiera na nas z każdej strony, przed którą nie ma ucieczki.
 Powiem Wam teraz: zburzcie mury.
 Wszystko jest możliwe.
 Nie wierzcie w propagandę, którą aplikują nam każdego dnia wprost do żył, nawet nie ukrywając igieł. Chorzy ludzie, chodzą i kłują innych, bo ktoś kiedyś ukłuł ich i tak już trzeba. Uwolnijcie się. Zacznijcie odkrywać świat takim, jaki jest, nie takim, jaki przedstawiają nam go starsi, mądrzejsi, doświadczeni.
 Weźcie piłę łańcuchową i zamieńcie meblościanki okalające szczelnie Wasze umysły w drzazgi. Wyrwijcie każdą jedną szufladkę i rozsypcie znajdujące się w niej karteczki na ziemię. Takiego życia jak to, które mamy obecnie, już nie będzie.
 Jeśli wierzyć w reinkarnację, to odrodzimy się jako zupełnie nowe osoby. Jeśli nie wierzyć, w najlepszym przypadku trafimy do raju, w najgorszym zamienimy się w absolutną czarną nicość. Jedno jest pewne, to życie, które mamy, które jedni nazywają cudem, inni przekleństwem, którym jesteśmy obdarzeni, lub na które jesteśmy skazani, to życie już się nie powtórzy. Nie warto go marnować, podążając ścieżką, którą wytyczyli nam ludzie żyjący przed nami. Postawili drogowskazy, zbudowali autostrady, ale to nadal tylko nic nieznaczące wskazówki, które możemy bez konsekwencji ominąć, jeśli mamy wystarczająco dużo siły, by sprzeciwić się wszystkim dookoła, całemu światu. A przecież mamy tę siłę. Inaczej nie bylibyśmy w stanie o niej marzyć, nie wiedzielibyśmy nawet o tym, że można iść własną ścieżką, bo przecież to wtedy nie miałoby sensu. A może nic nie ma sensu i jesteśmy tylko kawałkami mięsa, w których przez setki lat tak dobrze wykształcił się centralny komputer, że wmówiliśmy sobie, że mamy duszę, czy coś w tym stylu. Egoizm gatunkowy czy prawda objawiona? W co uwierzymy? Jakie szanse mamy na to, by trafić dobrze? 50/50? Czy może znacznie mniej, w końcu wszechświat nadal nie odkryty. Może dusza lub jej brak to tylko dwie z miliarda innych opcji? Skąd możemy wiedzieć?

niedziela, 11 maja 2014

1.55

Plan na niedziele.
Wypić i wyćpać tyle, żeby zapomnieć, jak mam na imię i dlaczego.
Słuchać Marsza Żałobnego
Płakać rzewnie.

edit: Ach i nauczyłam się podnosić jedną brew. Przywłaszczam sobie cudze tragedie, bo jestem tak beznadziejna, że nawet problemów nie mam własnych.

1.54

Ze wszystkich rzeczy wiecznych, miłość trwa najkrócej.

Wiecie, czego najbardziej nam brakuje? Szczerości. Szczerość jest zdecydowanie tym, w czym w dzisiejszych czasach jesteśmy najsłabsi.
 Kiedy byłam prawdziwą dziewczynką brzydziłam się ludzi. Chore, nie? Cóż mogę na to poradzić. Za każdym razem kiedy ktoś usiadł na mojej pościeli, kazałam mamie ją zmieniać. Nie byłam w stanie spać w jednym łóżku z kuzynką. Myłam twarz za każdym razem, gdy jakaś nawiedzona ciotka całowała mnie na powitanie (niemiłosiernie kłując przy tym wąsikiem). A obrzydzenie do całujących się na ekranie par do dzisiaj mi nie przeszło (chociaż akurat to nie ma tu nic rzeczy) To nie tak, że nie lubiłam ludzi. Lubiłam spędzać z nimi czas, tylko żeby broń Buddo nie dotykali mnie, ani moich rzeczy. Dopóki niczego nie dotykali, było w porządku. Skąd ta dziwaczna przypadłość? Sama nie wiem co wtedy siedziało mi w głowie.
 Mam siniaki na lewej ręce, bo przez cały piątek nie mogłam się powstrzymać, żeby nie szczypać się pod ławką. To też jest chore. Zaczynam się martwić, że nigdy mi to nie przejdzie. Mimo tego, że potrafię wytrzymać kilka tygodni bez uszkadzania w taki czy inny sposób swojego ciała, to i tak w końcu nadchodzi moment, że nie wytrzymuję. Nauczyłam się że ból psychiczny łatwo zagłuszyć tym fizycznym. Ile godzin terapii potrzeba, żeby wybić mi to z głowy? Może przepiszą mi jakieś magiczne pastylki na odzyskanie równowagi? Jedna na wiarę w siebie, jedna na napady melancholii, trzydzieści ochotę otworzenia sobie każdej jednej żyły.
 Chcę czuć ból, ale nie chcę umierać. Śmierć jest zbyt ostateczna. Jaka jest w ogóle pewność, że cokolwiek czeka nas po przejściu na drugą stronę? Lepiej nie ryzykować. Śmierć sama mnie znajdzie. Boję się tylko, że znajdzie mnie za wcześnie, zanim zdążę poznać smak życia.
  Ta wizja prześladuje mnie od jakiegoś czasu. Wypadki chodzą po ludziach. Skąd mogę wiedzieć, że nie trafi na mnie. Pijani kierowcy, spadające prosto na głowę kawałki radzieckich satelitów, metalowe i ostre. Może złamię sobie kark próbując patrzeć w przeszłość. Czy w dzień, w którym przyjdzie mi umrzeć dostanę smsa o treści: "Napisz testament i pożegnalne listy do bliskich."? Czy może wróble za oknem zaczną śpiewać Marcia Funebre? Skąd mogę wiedzieć.
 Jako dziecko nie byłam wrażliwa. W sumie, może byłam, jak każde zresztą dziecko, ale zduszono to we mnie, zapychając moje usta chipsami i mięsem, a żyły słodzoną wodą. Rodzice dostają teraz ode mnie to, na co zasłużyli. To, że czasem otwieram sobie skórę i pozwalam im czekać razem ze mną, aż wszystkie demony opuszczą moją duszę, a ja nareszcie będę wolna. Pójdę za to do piekła. Chociaż, jak taka osoba jak ja może w ogóle wierzyć w piekło? Czasem nie wierzę nawet, że po deszczu dane mi będzie jeszcze ujrzeć błękitne niebo, chociaż na jego sklepieniu wyraźnie maluje się tęcza, znak, że wszystko jest już dobrze.
 Podobno dorosłym jest się wtedy, kiedy przestaje się obarczać winą o swój marny los innych ludzi. Mogłabym stać przed moimi rodzicami i krzyczeć, a oni będą udawać, że wszystko jest w porządku. Moje słowa mogą być ostre jak żyletki, ale ich to nie ruszy. Zamknęli się szczelnie w kokonie kłamstw. Umarli za życia.
 Jest jednak coś pięknego w tym, że nie wybrałam śmierci. A jako, że nie bawię się w kompromisy, nie wybrałam też egzystencji. Wybrałam życie. Prawdziwe życie. Smutek tak głęboki, że mogłabym umrzeć, radość tak intensywną, że mogłabym wznieść się ponad chmury. Te chwile w których mogę po prostu istnieć, karmić moje oczy zielenią, słuchać gaworzenia ptaków za oknem. Czasami prawie płaczę ze szczęścia, bo tak cudownie jest oddychać. Czasami chwytam się myśli tak wielkich, że mogłyby unieść cały wszechświat, ale jeszcze nie potrafię zatrzymać ich przy sobie na dłużej.
 Kiedyś myślałam, że szczęście nie jest mi pisane. Za każdą chwilę czystego szczęścia płaciłam miesiącami smutku. Teraz jest inaczej. Teraz jestem prawie ciągle szczęśliwa, z wyjątkiem chwil, w których chcę otworzyć sobie klatkę piersiową wyrwać serce, pokroić je na plasterki i zjeść.

piątek, 9 maja 2014

1.53

Grunt to nie przywiązywać się do niczego. Wszystko, do czego się przywiążesz, chciałbyś zatrzymać. A zatrzymać w życiu nie możesz nic. 


 Jestem ciekawa, kiedy to wszystko się zaczęło. Czy jakieś szczególne okoliczności doprowadziły do tego, że nagle stałam się, no, taka? Może kiedy byłam dzieckiem kosmici zrobili mi pranie mózgu i skazali na wieczną tułaczkę po światach, które sama tworzę sobie w głowie. Nie wiem co myśleć, nie wiem jak normalnie funkcjonować.
 Od czego zacząć. W miarę jak nad tym myślę, to coraz bardziej przekonuję się do tego, że moi rodzice mają rację. Że wybrali najlepszą, najmniej bolesną drogę przez bagno zwane potocznie życiem. Wstają, pracują, oglądają telewizję, wypełniają swoje głowy myślami o nowej lodówce i praniu i odwiezieniu dzieci do szkoły. Czy wiedzą co nimi kieruje? Nie. Nie chcą widzieć. Mogłabym stać przed nimi, krzyczeć i tupać nogami, a oni i tak tylko powiedzą, żebym dała sobie spokój. Dni wleką się jeden po drugim, liście na zmianę pojawiają się i spadają z drzew, nikt nie powie ani słowa, nikt nie pomyśli nawet o geniuszu z którym zostały zaprojektowane, by dawać nam tlen i uspokajać niej nasze oczy, wpatrzone ciągle w komputer, wpatrzone ciągle w przyszłość. Cóż jesteśmy warci, jeśli nie potrafimy docenić drzew?
 Wymyśliłam sobie wiele rzeczy. Wszystko zaplanowałam, spędziłam dnie, tygodnie, lata na myśleniu, myśleniu, ciągłym tylko układaniu sobie w głowie rzeczy, z którymi walczę na co dzień. Pomyśleć, ile więcej miałabym miejsca w głowie, gdybym w końcu przestała snuć w nieskończoność te głupie historie, te nic niewarte dialogi z samą sobą, nic nie warte, nic nie jest warte. Poznałam, głupia (głupia, bo głupia) te kilka tysięcy słów, nauczyłam się sklejać je w zdania, nauczyłam się opisywać nimi obrazy i uczucia i teraz myślę, że jestem panią wszechświata, bo potrafię zdefiniować prawie całą rzeczywistość. Głupia, naiwna. Nic nie wiemy. Ludzie nie wiedzą nic, nie zdają sobie sprawy z tego że ich głupie słowa są niczym. Ich głupie słowa przeminą, zanim sami zdążą to dostrzec.
 Zamknęliśmy się w naszym małym świecie i uczyniliśmy sobie z niej poddaną, bo jesteśmy głupimi kretynami, którzy myślą, że mogą mieć nad czymkolwiek władzę. Jesteśmy tylko łysymi małpami
 Patrzę w gwiazdy zawsze kiedy mam okazję i za każdym razem składam sobie obietnicę, że niedługo tam powrócę. Powinnam zrobić to już teraz, w tej sekundzie. Tylko, że mój głupi egoizm uważa, że lepiej poczekać jeszcze chwilę i zobaczyć, czy czasem nie stanie się coś fajnego. Nie wiem, spotkam drugą piątkę, wygram w lotto, pojawi się coś co odbierze mi na zawsze ból egzystencji. Coś co sprawi, że nawet wtedy, będąc już w gwiazdach wspomnę to miejsce i te inne dusze i pomyślę przez chwilę, że było mi tu dobrze. O ile będę wtedy jeszcze pamiętała słowa.

wtorek, 6 maja 2014

1.52

Normalność jest iluzją. To, co jest normalne dla pająka, jest chaosem dla muchy. 


 Miło wrócić na stare śmieci. Nareszcie w domu.
 W ciągu kilku ostatnich dni trzymałam się kiepsko. Przyznaję się bez bicia. Pozwoliłam złym myślom wypełnić mi głowę, a samej sobie wskoczyć do studni czarnej rozpaczy.
 Na szczęście, trzymam linę. Dałam sobie po dupie, wzięłam się w garść i wszystko jest już na powrót w porządku. Maturzyści piszą swoje egzaminy, a cała reszta ma wolne. To ostatni długi weekend w tym roku szkolnym. Nie zmarnowałam go, bo dobrze się bawiłam. Przez ostatnie dwa dni przeszłam więcej kilometrów niż przez całe swoje życie. Muszę robić to częściej. Nic tak nie uspokaja człowieka, jak długa przechadzka wśród odgłosów przejeżdżających samochodów i ich oślepiających długich świateł ciszy, śpiewu ptaków i migotaniu świetlików (następnym razem wybiorę jakąś polną drogę, przysięgam).
 Czas na wyrażenie opinii. Człowieku, który masz monitor, jeśli definiujesz szczęście obecnością w swoim życiu jakiejś osoby, zastrzel się. Dziękuję.
 O czym to ja mówiłam? Ach tak, o długich spacerach. Jak wspomniałam, są fajne. Przespałam dzisiaj cały dzień, bo nie mogłam spać w nocy, kręciłam się tylko i myślałam, jakby tu skutecznie się ogłuszyć.
 Postanowiłam przedefiniować swoje cele i wartości. Myślę, że moje życie to chaos. Nie chcę robić polowy rzeczy które robię, a robię je,bo tak się przyzwyczaiłam. Jak ścianą o groch, poważnie. Nie zdecydowałam jeszcze, jaki jest mój ostateczny życiowy cel. Umrzeć? Zbyt emo. Być milionerką? Zbyt mainstreamowo. Zostanie królową świata też raczej nie wchodzi w grę. Podobnie jak uczynienie z Ziemi utopii. Kurcze, chcę zrobić coś dużego, tak, żeby pisali o mnie w podręcznikach do historii. Dobra, pomyślę nad tym innym razem. Na razie moim celem jest wyzdrowieć. Fizycznie. Czy psychicznie jest okej? Sama nie wiem. Teraz, kiedy zaakceptowałam rzeczywistość, w której przyszło mi żyć, jest mi lepiej. Pozwoliłam przeszłości odejść. Przeszłość jest jak kula u nogi. Nie mówię, że zrobiłam sobie pranie mózgu. Po prostu między wspominaniem pewnych wydarzeń, a życiem tymi wydarzeniami jest różnica. Przeszłość nie istnieje. Jeśli kurczowo trzymamy się przeszłości, nie dajemy żadnych szans teraźniejszości.
 Zapomniałam już o czym pisałam, znowu jestem zmęczona. Położę się spać teraz, to obudzę się z kurami i będę miała cały dzień na myślenie, jak tu się zorganizować, żeby przestać robić sobie krzywdę, a zacząć robić sobie dobrze (w przenośni, rzecz jasna).

poniedziałek, 5 maja 2014

piątek, 11 kwietnia 2014

Różnica między tym, co robimy, a co jesteśmy w stanie zrobić, wystarczyłaby, by rozwiązać większość problemów tego świata.

 Od dłuższego czasu czuję się żywa. Doprawdy, miła odmiana, zważając na fakt, że przez ostanie pół roku moimi najlepszymi przyjaciółkami były żyletki.
 Jak widać, człowiek mądrzeje, kiedy przyjdzie mu skończyć osiemnaście lat. Dużo się zmieniło od czasu, kiedy ostatnio tu pisałam. Przeszłam na rawfood, dzisiaj mija 11 dzień. Pomyślałam, że jeśli to mi nie pomoże, to nie pomoże mi już nic. Przekopałam całe internety w poszukiwaniu informacji, poświęciłam mnóstwo czasu na oglądanie filmików i wykładów z tym związanych i dało mi to dużego kopa. Jeśli to prawda, że dieta raw leczy wszystko, to ja chcę wyzdrowieć. Nie oczekuję, że zajmie mi to miesiąc czy dwa, w końcu żyłam niezdrowo przez kilkanaście lat. Prawda jest taka, że bardzo nie kochałam swojego ciała. W ogóle, nigdy nie czułam się jako tako z nim solidarna. Dotychczas "ja" było tworem mojej wyobraźni, tym głosikiem w głowie (który btw jest tylko iluzją). Przez 18 lat zaniedbałam się strasznie. Od dziecka byłam karmiona słodyczami, a chipsy jadłam praktycznie codziennie. Jadłam mięso. Był okres kiedy żyłam na 200kcal. Tyle dobrego, że nigdy nie jadłam fastfoodów.
  Powinnam już dawno mieć raka i umrzeć. Żaden organizm nie ma prawa poradzić sobie żyjąc w takich warunkach. Faszerowałam się przetworzonym żarciem, naiwnie wierząc, że jest ono ZDROWE. Marzenie ściętej głowy. Z tej perspektywy wydaje się to naprawdę śmieszne, że odżywiając się w ten sposób, miałam jeszcze czelność dziwić się, że ważę 20 kilo więcej niż powinnam, miewam migreny, jestem uzależniona od kropelek do nosa i mam zmiany nastrojów jak stąd do Warszawy. Te dzieciaki. Na szczęście opamiętałam się szybko. Może nie na tyle szybko jakbym chciała (daj FSM żeby natchnęło mnie już w przedszkolu) ale wystarczająco szybko, żeby wszystko naprawić.
 Oczywiście nie oznacza to, że cokolwiek sobie narzucam, bo to mijałoby się z celem. Odżywiam się tak, bo chcę. Nie robię tego by być szczupła, a tym bardziej nie myślę w sposób "pobędę sobie 3 miesiące na raw, żeby zrzucić wagę, a później zacznę jeść normalnie". Teraz to owoce i warzywa są dla mnie normą. Tyle, że muszę popracować nad polubieniem niektórych z nich, szczególnie zieleniny. Zakładam, że przyjdzie mi to z czasem. W końcu moim ulubionym smakiem na świecie jest smak chipsów. Jednocześnie nie chcę się w żaden sposób ograniczać. Jak już mówiłam nie jestem na diecie jako takiej, bo dieta = depresja. Dlatego umówiłam się ze sobą, że jeżeli będę miała ochotę na pizzę, frytki, owsiankę czy talerz spaghetti, to nie zlinczuję się za zjedzenie ich. Kiedy raz zerwiesz jabłko z zakazanego drzewa, będziesz chciał zjeść kolejne i kolejne. Taka jest kolej rzeczy. Mam w głowie wiele smaków potraw, które naprawdę uwielbiam. Jest też wiele których jeszcze nie poznałam, a chciałabym. I chyba nie ma w tym nic złego, zjeść od czasu do czasu gotowane czy nawet nabiałowe. Ten styl życia nie jest karą. Nie chcę się ograniczać, żeby później zeschizować. Nie chcę widzieć w lustrze osoby, której nienawidzę, za to że zjadła batonika. W ogóle, nie chcę widzieć w lustrze osoby, której nienawidzę.
 Nienawidziłam siebie przez długi czas. Teraz wiem, że byłam idiotką. To aż niemożliwe, że jeszcze miesiąc temu dałabym się zastrzelić bez mrugnięcia okiem, gdyby ktoś mi to proponował. Byłam depresyjnym dzieckiem żalu, bo nie kochał mnie .........(tu wpisz imię), byłam gruba, byłam głupia, byłam jakaśtamjakaś tam. Teraz nie wiem czy mam się śmiać, czy płakać. Jeszcze bezczelnie zwalałam winę na wszystkich poza sobą, niedoczekanie. Jakbym nie wiedziała, że sama decyduję o tym, kim jestem. Że ja to po prostu wypadkowa moich przeszłych działań, że moje problemy wynikają z lenistwa, a mój wygląd, jest odzwierciedleniem stylu życia, który prowadzę. I tyle, proste.
 Genialnie (nie sarkazm) postanowiłam wziąć odpowiedzialność za siebie. Szczerze, do tej pory nawet nie przyszło mi to do głowy. Może dla niektórych z Was było to oczywiste od zawsze, ale jak widać każdy dorasta we własnym tempie. Nie wiem czy zmiana sposobu myślenia jest w pakiecie z raw, czy to osobna kwestia, ale działa i to jest najważniejsze. Szybkość zmian jest przerażająca, ale nie boję się ich. Teraz nareszcie wiem że jestem na dobrej drodze.

piątek, 28 marca 2014

Martwe liście, które leżą na trawniku, kiedyś posiadały drzewa, w których pokładały swą nadzieję.

Kiedy byłam prawdziwą dziewczynką, ludzie kochali mnie, niezależnie od tego jak zła byłam. W gruncie rzeczy byłam zła, bo uważałam innych za gorszych od siebie, ale jakoś z wiekiem mi przeszło. W biegiem czasu dowiedziałam się że nie jestem najlepsza, najsilniejsza, najmądrzejsza i najpiękniejsza. To, co miałam od zawsze, inni zdobyli ciężką pracą.
Skoro inni byli od dziecka przyzwyczajeni do pracy, kiedy ja trwałam w przekonaniu, że to co mam, po prostu mi się należy, to chyba nie dziwne, że sobie teraz nie radzę.
Jak to zwykło bywać w statystycznym życiu, rzeczywistość wbiła we mnie swoje pazury i od tego czasu nie robię nic, poza leżeniem i modleniem się o śmierć. W gruncie rzeczy, dobrze mi z tym. Ustawiłam się chyba najlepiej jak to tylko możliwie, bo na co dzień nie prowadzę raczej życia ofiary losu. Właściwie, żyje mi się świetnie. Mam co jeść, mimo tego, że jeść muszę bardzo we własnym zakresie, bo w moim domu wszystko gotuje się z mięsem. Mam gdzie spać, śpię nawet lepiej niż przeciętny obywatel, bo mam dla siebie całe podwójne łóżko. Najlepsze co mam to przyjaciele i rodzina. Gdyby nie moi przyjaciele byłabym już najpewniej martwa. Rodzicom jestem wdzięczna za to, że nie decydują o moim życiu. Jakby mieli spełniać na mnie swoje aspiracje to specjalnie wypadłabym z wózka pod samochód, słowo daję. No, ale udało mi się. Co więcej, mam też szczęście w życiu. Takie typowe szczęście. Większość przewinień uchodzi mi płazem, a to co do tej pory osiągnęłam jest wynikiem fuksa i odrobimy, naprawdę odrobimy starań z mojej strony. Nie zdziwię się, jeśli pewnego dnia wygram w totka, bo jestem szczęściarą.
Trwam sobie w takim stanie już ładnych parę lat i robię co w mojej mocy, by już zawsze wszystko było różowe. Nie pragnę niczego więcej ponad to co mam. Obejdzie się. Przez długi okres czasu, myślałam, że do pełni szczęścia brakuje mi już tylko miłości. Teraz wiem, że miłość nie jest mi pisana. Kiedy kocham, cierpię. Miłość, chociaż na początku powoduje euforię, później staje się uciążliwa, jest jak kamień u nogi. Kochałam wiele razy i kochałam mocno. I chociaż było to za każdym razem platoniczne i egoistyczne uczucie, to czułam wszystko to, co czuje zakochany człowiek. Miłość była moim narkotykiem.
Teraz jest dobrze. Teraz nie muszę kochać, żeby czuć, że żyję. Zobaczymy jak długo.

wtorek, 18 marca 2014

I cho­ciaż róża ra­ni, na­dal jest na nią popyt.  

W sumie, to zabawne. Jedni ludzie są depresyjni z natury, inni nie, a ja mam to do siebie że depresyjnie wpływa na mnie kawa. Czarna mocna niesłodzona to moje schody do piekła. Kofeina otwiera oczy, otwiera duszę. Pozwala najbardziej tłumionym myślom wydostać się na zewnątrz. Popijam ją sobie powoli, z każdym kolejnym łykiem, przekornie, masochistycznie czuję się lepiej. Witamy w domu.
Ostatnie dni były dla mnie szczęśliwe. Od niedawna konsekwentnie wyrzucam z głowy wszystkie negatywne myśli. Dzięki temu mogę podnieść się z łóżka, dzięki temu pierwszy raz od kilku miesięcy szczerze się śmieję. Jednocześnie czuję się coraz płytsza. Jakbym wraz z negatywnymi emocjami traciła sporą część siebie. Przywykłam do tego, że jestem nieszczęśliwa, że jestem ciągle zła, że jedyne o czym marzę to wbić sobie nożyczki w krtań. Teraz czuję się obco. Na przekór temu, że nie nie jestem już więcej zagubiona. Należę gdzieś, więc nie należę. To głupie. To smutne, że myślę w ten sposób. Jakbym nie mogła powiedzieć "dziękuję świecie, że pozbierałam się do kupy" i żyć sobie jak gdyby nigdy nic.
I nie mogę tak kurwa, nie mogę, bo nie tak wygląda moje życie i nie taka jestem.
Problem polega na tym, że ja chcę cierpieć. Kiedy boli, to wiem, że żyję. Teraz nie czuję, nie kocham, nie cierpię i widzę, że tylko egzystuję, że toczę się po świecie jak chomik w plastikowej kulce po pokoju. Jednak cierpienie daje więcej dróg, o wiele więcej. Pozwala zajrzeć tam, gdzie zwykłe ludzkie oczy nie są w stanie. Mrok duszy to potężna siła.
Kolejne dni, mimo tego, że takie ciepłe, prawie wiosenne wydają mi się coraz bardziej mgliste. Zasunęłam zasłony głębszego myślenia i teraz docierają do mnie tylko strzępki obrazów. Zupełnie, jakbym z kina 3d przeniosła się na powrót przed czarno-biały telewizor bez dźwięku. Takie mam wrażenie. Zauważyłam u siebie rosnącą tendencję do nie-myślenia. Były dni, kiedy potrafiłam wrócić ze szkoły, a potem do rana spędzać czas w mojej głowie. Zawsze miałam do przemyślenia tyle interesujących kwestii. A teraz? Teraz myślę o prozaicznych rzeczach. Groteskowych w swej zwykłości. Doszłam nawet do tego, że skupiam się na lekcjach. Pozwalam nauczycielom na wypełnianie mojej głowy datami i definicjami. Wiem co, u kogo i w jaki sposób się dzieje. Jakbym wyrzuciła samą siebie z własnej głowy i wypełniła to miejsce myślami innych ludzi.
Nie chcę tego, przecież tego nie chcę, kurwa.
Problem ze mną polega na tym, że zawsze jest mi źle, nawet jak jest dobrze. Dobrze to dla mnie normalnie, a normalnie do dla mnie źle. Kiedy to wszystko się tak pokomplikowało? Naiwnie myślałam, że będę potrafiła ot tak odciąć się od dawnego życia. Te wszystkie historie z czystą kartką, modlitwa szaleńca. Fakt jest taki, że nie pozbędę się w kilka dni tego, co zbierałam przez klika lat. Na zmiany potrzeba czasu. A ja nie chcę zmian. Czuję się stabilnie tylko w mojej niestabilności. Szczęśliwa jestem tylko w mym nieszczęściu. Prawdziwą jestem tylko widząc siebie po drugiej stronie krzywego zwierciadła i wierząc, wierząc że ja to ja.

piątek, 14 marca 2014

Nie chciałbym teraz odpowiadać na pytanie, jak to jest, mieć osiemnaście lat, chociaż za dziesięć lat pewnie powiem Ci, że byłem wtedy nieśmiertelny. Gdy jesteś dopiero co pełnoletni, przebiegasz przez ulicę na czerwonym, bo jesteś pewien, że to nadjeżdżający samochód rozbije się o Ciebie, że chodnik z perspektywy siódmego piętra jest gumowy, że każdy wypity alkohol w Twoim organizmie zamienia się w wodę, że możesz przyjąć więcej związków chemicznych niż szklarnia, bo Twój mózg jest kuloodporny i nieprzerwanie stabilny. Nic nas nie rozkruszy. Mamy po osiemnaście lat i moglibyśmy jeść szkło bez kaleczenia ust, pić kwas, wyskakiwać z okna tylko po to, aby wzbić się do lotu.

 Wiosna wzbiła nas w przestworza. Zaczęliśmy oddychać, zaczęliśmy marzyć.
 Przestałam się zabijać. Ostatnio wiele się zmieniło, bo uświadomiłam sobie kilka rzeczy. Łatwiej jest żyć, kiedy znasz swoje realne możliwości. Nie mogę być tak wysoko, żeby jeść gwiazdy, ale wystarczająco, by patrzeć w niebo. Ale wizje przyszłości i przeszłości nie prześladują mnie więcej. Właściwie, istnieje tylko tu i teraz. Bardzo, bardzo długie tu i teraz.
 To był ciężki tydzień, ze względu na mnogość sprawdzianów. Kolejny nie będzie lepszy. Pocieszam się faktem, że przynajmniej w jakiejś części chcę uczyć się tego, czego się uczę. Postanowiłam więcej czytać i czas, który normalnie spędzam przy komputerze, spędzać z książką.
 Ostatnio doszłam do wniosku, że połowę moich problemów sama sobie stwarzam, a druga połowa niczym nie różni się od tej pierwszej. Właściwie nie mam problemów, a te które mam są wzięte z dupy. Większość z nich bierze się z tego że jestem rozpieszczona. Ale to nic. Tak jest dobrze. Jestem miła dla siebie i tyle. Kocham siebie, więc dlaczego mam sprawiać sobie ból? Dlaczego mam obwiniać się o coś na co nie mam żadnego wpływu, dlaczego niby mam być dla samej siebie suką, skoro i tak i tak robią to wszyscy w koło? Tak więc wybaczyłam sobie. Wszyscy mamy wady i popełniamy błędy, wszyscy od czasu do czasu bywamy sukami. Wy nie bywacie i jesteście idealni? Tym lepiej.
 Czasami głupie błędy decydują o naszej przyszłości. Ciężko sobie wyobrazić, że rzeczy z pozoru tak małe, mogą wywołać całą lawinę konsekwencji. Ale po to jesteśmy młodzi, głupi i bez zasad moralnych, żeby popełniać błędy, potem na nimi płakać, a jeszcze później się na nich uczyć. Jasne, mogę słuchać rad starszych i wiedzieć, że lepiej nie wkładać ręki do ogniska, ale po co wierzyć komuś na słowo, skoro można samemu sprawdzić? I w ten sposób przyjemne ciepło, zamienia się w pożar. Bywa. Dmuchamy i idziemy dalej, bogatsi o nową wiedzę i jak się dobrze trafi, to nowych wrogów.

 Za tydzień 18, a później zobaczymy.

sobota, 8 marca 2014

Gwałtownych uciech i koniec gwałtowny. Są one na kształt prochu zatlonego, co wystrzeliwszy- gaśnie. 

 Szczerze, chciałabym się czasem upić na smutno, samotnie, mieć w dupie wszystko. Nienawidzę alkoholu. Przełknę jedynie piwo, a to i tak z trudem. Wszelkie napoje alkoholowe są obrzydliwe.
 Piję sobie "słodkie" wino. Wcale nie jest słodkie, jest niedobre. Piję, bo mam 18 lat i mi wolno. W sumie, zostało jeszcze kilka dni, co nie umniejsza faktu, że jestem już dorosła.
 Wróć, jestem pełnoletnia, nie dorosła. Dorosła nie będę nigdy, bo po co. Jeszcze tego mi do szczęścia brakuje, żeby stać się znudzonym życiem, szarym, poważnym dorosłym. Prędzej mi anioł z tyłka wyfrunie, przysięgam.
 Nadszedł weekend, (już nie weedkend, smuteczky) jak zwykle pokłóciłam się z rodzicami i kolejny raz uświadomiłam im że zniszczyli mi życie i niedługo się zabiję. Na szczęście, są tym typem ludzi, przed którymi można stać i głośno tupać nogą, a oni i tak tego nie zauważą. Przynajmniej nie mam problemu z żadnymi psychiatrami czy egzorcystami, do których posłaliby mnie zapewne wszyscy inni rodzice na świecie. Z drugiej strony, to przykre, że tak bardzo mają mnie w dupie, ale tylko trochę. Przecież jestem tylko nic nie wartym bachorem, nie potrzebuję miłości, opieki i zainteresowania.
 Nie ważne. Przeniosłam się na humana. Od tygodnia się nie stresuję. Nagle moje szkolne życie stało się różowe. Nie ma na świecie niczego łatwiejszego human. To tak jakby włożyć duszę do lodówki. Słodka utopia. Dobrze pozbyć się chociaż części problemów.
 Once upon a time, kiedy jeszcze byłam małą dziewczynką i wierzyłam w miłość i inne cuda wianki, rodzice zabrali mnie do jakiegoś tam sklepu i nie chcieli kupić takiego zajebistego jednorożca. Był zajebisty, co z tego, że kosztował 150zł? Byłam mała, miałam marzenia, a oni je przeżuli i zdeptali. Owszem, było ich stać, przynajmniej wtedy. Ale nie, przecież nie kupimy dziecku drogiej zabawki. Uważam za bardzo niesprawiedliwe to, że mój brat dostaje teraz latające samoloty i gry na które jest za młody o 11 lat.
 Napiszę o tym w liście pożegnalnym, niech cierpią. Pewnie moja śmierć spłynie po nich, jak wszystko inne. To smutne, cokolwiek do nich mówię, mam wrażenie, że oni słyszą tylko bzzzzzzzzzzzzzz. Mamo, mam pałę z matmy może korepebzzzzzzzzzzzzz tato, myślę że niedługo się zabzzzzzzzzzzzzz. Zawsze tak jest. Ciężko jest być dzieckiem, szczególnie pełnoletnim. Widzisz coraz więcej, rozumiesz coraz więcej i coraz bardziej uświadamiasz sobie, że ci ludzi tak naprawdę nigdy cię nie kochali. Nie odpowiadali na twoje pytania, nie czytali poradników dla rodziców.
 Gdybym ja miała dziecko, którego nigdy nie będzie mi dane mieć *łzy w oczach* to kochałabym je, mocno.
 Napisałabym jeszcze parę akapitów o tym jak to bardzo chcę ze sobą skończyć, ale przecież wszyscy dookoła i tak to wiedzą, więc po co kolejny raz mam się produkować. Smutne, że mimo tego nikt tutaj ze mną nie siedzi i mnie nie pilnuje. Pozwala mi to sądzić, że jestem absolutnie bezwartościowa i nikomu specjalnie nie zależy na moim życiu.

Modlitwa (bóg i tak nie istnieje)

Obym umarła dzisiejszej nocy. Amen.

środa, 12 lutego 2014

Życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach.


 Niewiele ostatnio żyję, a już nie na pewno tak jak powinnam. Może powinnam to złe słowo, raczej chodzi mi o to, że mam możliwość życia inaczej, lepiej, intensywniej, ale na siłę nie chcę z niej skorzystać. Cóż za paradoks. Chciałabym, żeby coś się działo, jednocześnie unikam wszystkiego, co wykracza poza podstawowe funkcje życiowe. Jak to możliwe, że jestem zmęczona po dzisiejszym dniu? Nawet nie wystawiłam nosa poza dom.
 Najbardziej ambitną rzeczą, którą udało mi się dzisiaj zrobić było obejrzenie filmu. A właściwie dwóch, "Coraline" i "Her". Właściwie, jestem po czterech godzinach egzystencjalnych refleksji, także dzień nie jest do końca stracony jednak i tak żałuję. Mogłam jakoś lepiej wykorzystać ten dzień, odkryć lek na raka albo napisać kilka książek, a zamiast tego siedziałam i leczyłam kaca.
 Jest coś o czym dzisiaj myślałam, mianowicie o przelotności ludzkich uczuć. Człowiek czasami myśli, że kocha i zatraca się w tym tak bardzo, że kiedy miłość znika, umiera właściwie on sam. Też ostatnio trochę umarłam i jest mi dziwnie. Myślę, że potrzebuję po prostu trochę czasu. Nie pogardziłabym jakimś czasem ekstra, takim na uporządkowanie sobie wszystkiego w głowie i w sercu. Świadomość, że za chwile muszę wracać do szkoły dobija mnie. Godziny są puste, takie jakie mają być, ale w głowie cały czas słyszę głosik, informujący mnie o obowiązkach, na które zupełnie nie mam ochoty. Muszę odpocząć, a ciążące nade mną sprawy skutecznie mi to uniemożliwiają. Jedyne, o co proszę to czas. Dajcie mi rok, a wrócę żywa.
  Pobożne życzenie.Warto marzyć, ale trzeba być też realistą. Życie nie zatrzymuje się nigdy. Będzie pędziło jak karuzela, a kiedy wysiądziesz, już nigdy nie możesz wrócić. Chciałabym żeby czas się zatrzymał, tak tylko dla mnie. Ostatnie lata mnie wykończyły.
 Przepraszam, że tak piszę, nie jestem smutna i w gruncie rzeczy psychicznie czuję się dużo lepiej niż dotychczas. Wiele rzeczy ostatnio się zmieniło, odpuściłam sobie uczucie, za które dałabym sobie wyrwać paznokcie, ale nie odczułam ulgi. Mam w głowie jeden wielki burdel, większy niż zwykle. Jestem zmęczona, jestem po prostu cholernie zmęczona psychicznie, co przekłada się na zmęczenie fizyczne i wszystko inne. Nie mam siły pozbierać się do kupy, a tak bardzo bym chciała. Nie mam pojęcia jak to zrobić, jak w ogóle zabrać się za robienie porządku w życiu.

 Nie mam już siły na stukanie w klawiaturę. Idę do łóżka. Może rano będzie lepiej.

piątek, 7 lutego 2014

Bądź jak ptak, który, gdy siada na gałęzi zbyt kruchej, czu­je, jak spa­da, lecz śpiewa da­lej, bo wie, że ma skrzydła.

 Dzisiaj nie byłam smutna. Brak smutku bierze się u mnie stąd, że nie muszę stresować się szkołą, wstaję o której chcę, robię co chcę, wszyscy mają mnie w dupie, nie muszę myć włosów i właściwie to mogę cały dzień zajmować się sobą i tylko sobą. Kocham takie dni. I pomyśleć, że czeka mnie jeszcze rok i trochę pierdolenia się w pierdolonym liceum. Kiedy je skończę (o ile je skończę, pała z matmy przyp. Luna) będę pewnie uzależniona od papierosów, alkoholu, narkotyków i przygodnego seksu, o ile już nie jestem. Właśnie to i tylko to robi ze mnie to miejsce. Odkąd poszłam do liceum ani trochę nie zmądrzałam, co więcej, pewnie IQ spadło mi o kilkadziesiąt punktów, zważając na poziom moich rówieśników.
 No i dobrze, nienawidzić to sobie mogę, a chodzić jak chodziłam, tak będę bo wywalą mnie z domu i ze społeczeństwa (matura). Kiedy o tym myślę, właśnie w tej chwili, w butelce stojącej na moim biurku faluje woda, tak mi bije serce. Całe moje nerwy idą na miejsce, w którym poza małym pamiątkowym zdjęciem nie zostanie po mnie nic. Mam nadzieję, że kiedy już się zabiję, ktoś napisze na murze tego przeklętego budynku, że zabiła mnie ta szkoła.
 Nienawidzę szkoły, nienawidzę jej z całego serca, ponieważ nie mam przez nią czasu na NAUKĘ. Spędzam tam 8 godzin dziennie, nudząc się jak mops, zapełniając myśli minutami do dzwonka i właściwie tylko tym. Gdybyśmy jeszcze robili coś sensownego, na przykład UCZYLI SIĘ, ale nie, nauka to luksus, na który nie możemy sobie pozwolić, bo będziemy zbyt mądrzy, otworzą nam się oczy i trudno będzie nami rządzić.
 O to ostatnie chyba nie ma się co na zapas martwić, ponieważ dzisiaj rozmowa z przyszłością narodu przekonała mnie, że świat zmierza ku upadkowi. Mój ośmioletni brat na pytanie o swoje zainteresowania, odpowiedział "komputer", przez co do teraz trzęsą mi się ręce i nie mogę normalnie oddychać. Jak to możliwe, że mając TAKĄ siostrę..
 Whatever. Boże, jeśli istniejesz, spraw, żeby inne dzieci nie były takie jak on, bo zamiast cywilizacją będę w przyszłości rządziła bandą kotletów (kiedy już zostanę prezydentem świata).
 Wracając do tematu nauki, kocham naukę całym sercem i całą duszą, tak mocno jak tylko mogę. Ale nie bądźmy naiwni, nie łączmy nauki ze szkołą, bo tak się nie da (chyba że mówimy o nauce bycia biedakiem intelektualnym; tutaj akurat szkoła spisuje się w 100%).  Ja nie wiem, ja nie wiem, co się z tym światem porobiło, że dzieci nie chcą być mądre, za moich czasów się chciało(zanim poszło się do szkoły).
 Tak na przykład wczoraj dla rekreacji przeczytałam sobie jakiś stary podręcznik, z lat dziewięćdziesiątych, ot tak dla zabicia czasu, dowiedziałam się wielu rzeczy, bardzo ciekawych, czuję się bogatsza o nową wiedzę, ale w szkole i tak uznają że jestem głupia jak, bo mam pałę z matmy. Tak, będę się nią przejmować i przejmuję, bo bez matmy nie ma zdania do maturalnej, bez maturalnej nie ma matury, bez matury nie ma studiów, a bez studiów nie ma przejęcia władzy nad światem). Nie wiem co mam zrobić z tą matmą, próbowałam już siedzieć i płakać, ale nie za dużo to dało.
 W kwestii proszenia o pomoc, to nie mam w klasie ludzi nastawionych do mnie życzliwie. To znaczy wszyscy są, ale pewnie przestaliby, gdybym ich o coś poprosiła. Trochę honoru mi jeszcze zostało(może to pycha, pewnie pycha). Mam tylko jedną osobę na świecie, którą byłabym w stanie o coś poprosić. Właściwie, to spotkało mnie przeogromne szczęście, że ją spotkałam i gdybym ją straciła, zabiłabym się. Mój mały jedyny sens egzystencji, moja iskierka nadziei i polotu w świecie pełnym debili. Taki tęczowy jednorożec na tle siwych kucy.
 Nie męczy mnie już miłość. Jakoś tak, po trzech latach mi przeszło. Zdarza się nawet najlepszym i najsilniejszym. Tak kurczowo trzymałam się tego uczucia, że zapomniałam nawet kogo kocham. Liczyła się sama miłość. Tak pięknie jest kochać. Wyobraźcie sobie moją minę, kiedy okazało się, że ja kocham moją miłość, a nie osobę. Bo spotkałam ją kilka dni temu i wiecie, nie czułam nic. Nie czułam tego co powinnam czuć w takiej sytuacji. Ten ogień, w którym się zakochałam zgasł już dawno, zgasł, a ja to widziałam, ale nie chciałam nawet dopuścić do siebie myśli, że tam już nikt nie mieszka.
 Miłość. Myślałam, że kocham. Jakże się myliłam. Tak to jest, że w tym wieku ludzie popełniają błędy. Może przynajmniej czegoś się nauczę. A może nie. Może będzie jak zwykle, zacznie się grzecznie, pomyślę o kimś raz, drugi, pięćsetny i w końcu uzależnię się od tego myślenia, myślenie- myślenie będzie mi dawało radość, a każdy kontakt ekstazę jak stąd do nieba. A ja głupia wmówię sobie że to miłość.
 Już nawet nie smucę się, kiedy pomyślę sobie, że nigdy nie spotkam prawdziwiej miłości. Wcześniej pragnęłam kochać, a teraz jest mi to w zasadzie obojętne. Miłość to bajki dla dzieci, a ja jestem dorosła i wypada mi zacząć zachowywać się jak przystało. W tej jednej kwestii. Tylko tej jednej, bo na resztę nie starczy mi już siły.

czwartek, 6 lutego 2014

Przeciętności nigdy nie były dla niej – nudziły ją. Chciała szczytu podniecenia. Jak była szczęśliwa, to nie była po prostu szczęśliwa: była ekstatyczna. A kiedy była smutna, była smutniejsza niż ktokolwiek.

 Mam sobie, gdzieś głęboko w sercu, zapewne między lewą i prawą komorą taki mały domek w którym mieszka kilka osób i kilka idei. Pewnie jest im tam smutno, bo w sercu poza krwią powinno być też trochę miłości, czy tam coś podobnego, a u mnie wieje chłodem i smutkiem. I trochę dumą.
 Smutek to w moim wypadku swoista nostalgia, tęsknota za miejscem które utraciłam, czasami tak silna, że nie pozostaje mi nic innego, jak tylko siedzieć z wzrokiem wbitym w ścianę i nienawidzić wszystkiego.
 Biedne wszystko. Bez moich złych myśli i kąśliwych uwag, na pewno byłoby lepsze.
 Myślę czasem jakby to było uświadomić niektórych jakimi to są biedakami intelektualnymi. Ciekawe co by wtedy poczuli, ciekawe czy zapłakaliby słysząc słowa raniące niczym małe nożyki wbijające się w serce z gracją, ponieważ ból rodzi piękno, a może piękno rodzi ból. Cokolwiek powstaje z czego, trzeba przyznać że piękno i ból są ze sobą związane, jak dwa końce połączone są sznurkiem. Cóż. Raczej nie zwykłam ranić ludzi mocno, bo to ponad ich siły. Idealna raczej nie zwykłam być, także chcąc nie chcąc na drodze mojego życia porzucałam nożami w parę osób, ale nie robiłam tego specjalnie. Mnie natomiast raniono specjalnie, może nie do końca świadomie, ale specjalnie- na pewno. Mając na uwadze fakt, że w pierwszej gimnazjum wszyscy przerabialiśmy Małego Księcia, więc, teoretycznie, wszyscy powinniśmy wiedzieć, że
JESTEŚMY ODPOWIEDZIALNI, ZA TO CO kurwa OSWOILIŚMY,
a niektórzy jak widać nie wiedzą, a może wiedzą, tylko dla własnej wygody wolą o tym zapomnieć, bo tak łatwiej się żyje, a i na sercu trochę weselej.
 Dawno nie pisałam, a szkoda. Powinnam pisać częściej o tym jaka jestem rozstrojona emocjonalnie i bliska wbicia sobie nożyczek w gardło. Może wtedy któraś z ZAUFANYCH kurwa OSÓB raczyłaby zainteresować się moim marnym losem i przygarnęłaby mnie do siebie.
 Warunki w jakich mieszkam i ludzie z którymi mieszkam zesłane zostały na świat po to, by zmusić mnie do samobójstwa zanim jeszcze wydam pierwszą książkę (bo jeszcze ludzie wezmą ją sobie do serca i świat stanie się utopią). Jedyne co mam to komputer. Komputer i książki. Bez nich byłabym jak moja rodzina, a o tym nawet boję się myśleć. Jestem niewdzięcznym bachorem.
 Na co dzień spotykam ludzi, których rodzice są lekarzami, czy innymi ważnymi osobami, chodzących na korepetycje, mających w domu takie cuda jak krajalnice do chleba i blendery. Też chciałabym mieć w domu blender, żeby robić zielone koktajle i mieć zdrową cerę. Kiedyś w akcie desperacji zjem na surowo szpinak, pietruszkę i banana, zagryzę je lodem (zaraz, czym? chyba śniegiem z podwórka) i potem poskaczę trochę, żeby wszystko ładnie się wymieszało. Tak zrobię.
 Nie ważne, dość tych frustracji bo pęknie mi żyłka.
 Nie oceniajcie mnie zbyt surowo. Robię różne złe rzeczy, ale to nie dlatego, że czerpię satysfakcję z ranienia innych czy też jestem samolubna egoistką dbającą tylko o własną dupę. Czasem lubię powyobrażać sobie, że ktoś mnie kocha i że jestem ważna i piękna, nie ma w tym żadnej głębszej filozofii, po prostu jak każdy mam coś takiego jak potrzebę bliskości. Realizuję ją sobie, raz z lepszym raz z gorszym skutkiem, przy okazji tracąc przyjaciół i stając się pierdoloną suką.
 Nikt nie zrobi mi analizy, bo pewnie każdy psycholog, który próbowałby się za to zabrać, kończyłby na kozetce u któregoś ze swoich kolegów po fachu.

 Boże, nie wierzę, że znowu płaczę. Jestem taka słaba. Jedyne co umiem robić to płakać i ciąć się. Przedwczoraj udało mi się nawet pociąć plastikowym nożem. A mówili że się nie da. Wszystko się da, jeśli się tego bardzo chcę, a ja chce zawsze bardzo mocno i zawsze to dostaję.