poniedziałek, 5 maja 2014

niedziela, 19 stycznia 2014

Każdy z nas szuka jakiejś ucieczki. Godziny wloką się jedna za drugą, trzeba je czymś zapełnić aż do śmierci. Zbyt mało jest rzeczy pięknych i wzniosłych, żeby się chciało człowiekowi pchać ten wózek. Każda rzecz po krótkim czasie brzydnie i obumiera. Budzimy się rano, wysuwamy nogę spod kołdry, stawiamy na podłodze i myślimy: kurwa, co by tu dalej?


Czas płynie powoli, a noce zdają się nie mieć końca.
 Najłatwiej jest mi nie myśleć o niczym. Dni stały się puste, jesień ustąpiła zimie. Na moje własne życzenie świat dookoła zamienił się w taniec odcieni szarości. Czasami miewam nawroty uczuć. Czasami mi zależy, jednak są to tylko krótkie sekundy, zbyt krótkie i zbyt ciche, by móc coś zmienić.
 W moim życiu nic się nie dzieje. Czasami mam wrażenie, że tylko stoję i przyglądam się decyzjom, podjętym za mnie gdzieś na górze. Dni zlewają się w jedno. Właściwie nie mam z czego budować wspomnień.
 Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że ja nawet nie chcę byś uratowana. Nie wpuszczam nikogo, nikomu nie pozwalam widzieć moich łez. To co mówię, jest tylko ułamkiem tego, co dzieje się w środku mojej głowy. Za murem jestem sobą. Jestem sobą tylko teraz, kiedy wpół do czwartej nad ranem obnażam moją duszę na blogu.
 Blogować zaczęłam dawno i właściwie zawsze dawało mi to poczucie bezpieczeństwa. Miło jest wiedzieć, że kiedy umrzesz, pozostanie po tobie jakiś ślad. Kiedyś ludzie pisali pamiętniki, teraz piszą blogi, czasy się zmieniają, a idee pozostają te same.
 Bo wiecie, w gruncie rzeczy dobrze jest pisać.Lubię usiąść czasem z zeszytem czy komputerem i zapisać kilka słów, tak prosto z serca, czy nawet nie z serca, ale z głowy, po prostu by nazwać jakoś to, co czuję. Dopóki czegoś nie nazwiemy, istnieje to tylko w naszym umyśle. Nigdzie nasze myśli nie są tak bezpieczne jak na papierze. Ludzka pamięć ma to do siebie, że lubi płatać figle, natomiast słowo pisane jest wieczne.
 Piszę sobie bez celu i bez ładu, tylko po to by pamiętać siebie. Przeminę, jak każdy. Ludzie się zmieniają. To co piszę teraz, za rok będę czytała z uśmiechem na ustach. Kto wie, jak w ciągu roku zmieni się moje życie? Może wygram w lotto i dokładnie za rok będę piła drinka z kokosa zawieszając wzrok na zachodzącym słońcu, gdzieś na Karaibach, gdzie zło mnie nie dosięgnie.
 Krótka refleksja dni minionych: czasami desperacja wygrywa. Poważnie, ostatnio gdzieś, hen w moim otoczeniu miało miejsce urocze zdarzenie, które nie powinno mnie obchodzić (poniekąd ze stronami zainteresowanymi ni jednego słowa w życiu nie zamieniłam) ale z racji tego, że moje życie jest nudne jak flaki z olejem, musiałam poszperać trochę i zobaczyć co w trawie piszczy. Mówić i myśleć, jak wiadomo, mogę sobie różne rzeczy, jednak to co mnie dziwi to fakt, że upór nawet w tak prozaicznej i wymyślonej kwestii jaką jest miłość (czy jak to tam ludzie nazywają) może doprowadzić człowieka tam gdzie chce się znaleźć. I nie trzeba nawet specjalnie się starać, wystarczy trąbić na prawo i lewo o swoim złamanym sercu i pisać depresyjnego bloga, a po pewnym czasie wszystko się układa i sen się spełnia. Szkoda, że moje życie nie jest takie różowe, a może jest, tyle że jeszcze tego nie wiem.
 Może zacznę pisać jakąś odę do pieniędzy, czy idealnego wyglądu. Koniec z sarkazmem, lubię tak jak jest, lubię trochę się gubić i nie mieć kasy, bo prawda jest taka, że to nie wygląd, czy pieniądze są najważniejsze, tylko najważniejsze jest to, by zachwycać się życiem, takim, jakie jest, nie ważne czy jestem tutaj czy na Karaibach i czy piję zwykłą mineralkę czy drinka z parasolką. Szczęścia nie da się kupić, chociaż wiadomo, że dużo lepiej płakać w mercedesie niż w maluchu, ale co ja tam wiem.

 Stukam sobie w klawiaturę co mi tam ślina na język przyniesie i lubię być teraz, istnieć w tej sekundzie. FSM muszę w końcu zacząć pisać książkę. Zawsze mówię że zacznę, piszę że zacznę i w sumie jestem z moją książką w tym samym miejscu gdzie byłam 18 lat temu, kiedy diplodoki chodziły jeszcze po Ziemi i nie w każdym domu był komputer. Odwlekam w czasie ten piękny moment w którym otworzę nowy dokument i po prostu zacznę pisać, bo boję się oceny społeczeństwa i czekam aż będę wystarczająco gotowa i mądra, a tak naprawdę już jestem gotowa, a tak mądra jak bym chciała, to nie będę nawet na milion lat, więc właściwie dupa z tym i chodźmy się wszyscy najebać.

czwartek, 2 stycznia 2014

Człowiek może postąpić dziesięć ra­zy źle, po­tem raz dob­rze i ludzie z pow­ro­tem przyj­mują go do swoich serc. Ale jeśli postąpi od­wrot­nie: dziesięć ra­zy dob­rze, a po­tem raz źle, nikt już więcej mu nie zaufa. 

 Moim marzeniem jest umrzeć w dniu osiemnastych urodzin. Dorosłość zaczyna wyciągać po mnie ręce, czuję to w kościach. Stawia na mojej drodze osoby, które myślą przyszłościowo. To smutne, że dzieci dorastają. Mówię, że nie mam czasu teraz. Później będzie gorzej, milion razy gorzej.
 Tak bardzo nie chcę dorastać, tak bardzo kocham osobę, którą jestem teraz, że nie wyobrażam sobie życia bez niej. Czytam bajki i rozumiem je. Rozumiem Alicję i Piotrusia Pana. Znajduję cząstkę siebie we wszystkich bohaterach każdej przeczytanej przeze mnie bajki. Zupełnie tak jakby były pisane pod moją osobę. Albo jakbym ja była stworzona na ich podobieństwo. Chciałabym w końcu napisać coś wartościowego, co ludzie będą czytać w dzieciństwie, dorastając i leżąc na łożu śmierci. Tylko tego pragnę, zostawić po sobie jakiś ślad.
Wiecie, normalność jest wybawieniem. Normalność jest lekiem na wszystkie choroby duszy. Wybierając normalność, wybrałabym życie. Wybierając życie w zgodzie z samą sobą, wybieram śmierć.
Chciałabym zamieszkać w dokładnie takim domku jak na zdjęciu. Szkoda, że to marzenie muszę wyrzucić do kosza. Nigdy nie będzie mnie na niego stać, bo nie staram się wystarczająco mocno. A nawet, gdybym się starała, po co mi jednej taki dom? Zgubiłabym się w nim. Umarłabym z samotności, a koty zjadłyby moje ciało.
Sylwester nie daje mi spokoju. Żałuję, że poszłam na strych z panem A. Jedyne, co tam robiliśmy to gadaliśmy, ale i tak wiadomo, jak to wyglądało. Powinnam za karę wbić sobie widelec w serce, żeby móc powoli się wykrwawić. Poczuć strach przed śmiercią, w ciszy odliczać godziny do końca. Będę się smażyć w piekle, dokładnie w piątym kręgu, za acedię.
Właściwie, wszystko mi jedno jak skończę. Świat beze mnie będzie dużo lepszym miejscem. Chociaż tyle mogę zrobić. Ukrócić sobie cierpienia, jednocześnie pozbawiając się szansy na szczęście. Bo widzicie, bywają momenty, w których jestem szczęśliwa. Szczęście nijak się ma do uczucia chronicznej pustki. Szczęście jest jak ogień, pali się przez chwilę, by po chwili zgasnąć. Naprawdę szczęśliwi są ci, którzy znaleźli sposób by ich ogień palił się cały czas. Żeby był ogień, musi być drewno. Szczęśliwi mają go całą piwnicę, ba, cały świat. Potrafią cieszyć się wszystkim. Ja tylko czasem znajduję suchą gałązkę. Z wypalonych gałązek buduję mój most, wiodący na drugą stronę.

środa, 1 stycznia 2014

Mój Boże, jakie wszystko jest dzisiaj dziwne. A wczoraj jeszcze żyło się zupełnie normalnie. Czy aby nocą nie zmieniono mnie w kogoś innego? Bo, prawdę mówiąc, czuję się jakoś inaczej. Ale jeśli nie jestem sobą, to w takim razie kim jestem?

 Chciałabym obudzić się pewnego dnia i stwierdzić, że jestem martwa. Byłabym taka szczęśliwa wiedząc, że mogę się po prostu rozpłynąć, dryfować w nicości do końca świata, zaprzestać tej pierdolonej gonitwy zwanej życiem.Wcale nie czuję się samotna, niekochana czy bezwartościowa. Jasne, zdarzają się takie momenty, ale zwalam to na depresję. Najgorsze jest to że jestem zniewolona. Zamknięta w klatce, w milionie różnych klatek. Śmierć otworzy je wszystkie.
 Ostatnimi czasy rzeczywistość boli mnie bardziej, niż zwykłam znosić. Chyba obniżyła mi się tolerancja na ból psychiczny. Albo nie, po prostu wszystko dookoła zmierza ku upadkowi, a ja nie mogę nic zrobić. Nie mogę znieść cierpienia, które mnie otacza. Od niedawna tak bardzo przejmuję się innymi ludźmi, tak bardzo czuję w sobie ich ból, że nie mogę już tego znieść. Świat wali mi się na głowę, mam wrażenie, że przyglądam się samej sobie gdzieś z boku. Wszystko robię nie tak, ranienie ludzi stało się moim chlebem powszednim. Jakiś czas temu jeszcze ślepo wierzyłam ,że jestem dobrym człowiekiem. Idiotka. Jestem tak okropną egoistką i hipokrytką, że z dnia na dzień po prostu czuję narastające we mnie zło. W lustrze też przestałam widzieć siebie, w swoich oczach widzę zło, które rośnie w siłę. Ba, ja nawet pachnę złem. Jak to możliwe, że ludzie tego nie widzą? Nie rozumiem, dlaczego krzywdzę innych, dlaczego skazuję na cierpienie ludzi, których kocham? Czy taka osoba jak ja w ogóle może kochać? Bo niby czym jest dla mnie miłość?Niczym. Nie wierzę w miłość. Sama już nie wiem w co wierzyć.
 Nie przestrzegam żadnych norm moralnych, bez mrugnięcia okiem łamię 7 przykazań i najgorsze jest to, że nie widzę w tym nic złego. Dlaczego pragnę ludzkiego cierpienia? Kiedy to się stało? Jestem taka okropna dla mojej mamy, zasługuję na śmierć. Nie, nie na śmierć, śmierć byłaby nagrodą, wyzwoleniem. Zasługuję na życie. Życie jest odkupieniem wszystkich moich win, karą za wszystkie moje grzechy, przeszłe, teraźniejsze i przyszłe. Gubię się we własnych słowach. Chciałabym być szczęśliwa i chciałabym, żeby wszyscy ludzie, których kocham też byli szczęśliwi. Przecież to tak niewiele.
 Nie wiem czy powinnam to pisać, ale dwa dni temu było u nas pogotowie. Mama zobaczyła krew, dużo krwi i spanikowała. Jak ja w ogóle mogę patrzeć jej w oczy? Dlaczego jej to robię? Moja rodzina i tak nie jest normalna, mój brat i ojciec niszczą ją wystarczająco. Dlaczego zawsze, zawsze muszę dorzucić swoje pięć groszy? Jestem zła, jestem najzwyczajniej w świecie zła. Nie potrafię nad tym panować. Robię coś, nie myśląc o konsekwencjach. Wróć, wiem jakie są konsekwencje, znam każdy skutek moich decyzji, a i tak nie mogę powstrzymać się od ich podejmowania. Przelotne chwile osobistego szczęścia przysłaniają mi z powodzeniem obraz okrucieństwa, którego się dopuszczam. Odliczam dni do momentu,  którym przestanę zakładać maskę, a ludzie zobaczą prawdziwą mnie i spalą mnie na stosie.
 Wiecie, jaki jest największy paradoks? Że mam przyjaciół. Nie rozumiem ich, w końcu jak można trwać przy osobie takiej jak ja? Może oni też nie znają całej prawdy, może umiejętnie ukrywam to, co nie jest przeznaczone dla ich oczu. Nawet nie wiem czy to robię. Czy moje decyzje są na pewno moimi decyzjami?
Zgubiłam się, naprawdę się zgubiłam. W nowy rok wchodzę zagubiona jak jeszcze nigdy. Wczorajszy dzień, mimo, że w moim odczuciu był fajny, dla moich przyjaciół był gwoździem do trumny. Czy tego właśnie chcę? Czy naprawdę pragnę wbijać im nóż w plecy dzień po dniu? Jak mogę zachowywać się tak irracjonalnie. Chyba jestem sadystką. Bawię się dobrze tylko wtedy kiedy krzywdzę innych. Chociaż to źle powiedziane. Lepiej będzie: kiedy bawię się dobrze, czegokolwiek bym nie robiła, zawsze krzywdzę innych. Ranię ich bo jestem zapatrzona w siebie. Po ko kolei pozbywam się wszystkich cnót. Jak widać altruizm poszedł na pierwszy ogień. Upadek moralności. Zerowe zainteresowanie swoją przyszłością. Pycha, chciwość, nieczystość, zazdrość, nieumiarkowanie, gniew, lenistwo, w sensie fizycznym jak i duchowym. Zmierzam donikąd, może już jestem martwa?
Nie odejdę, dopóki nie zarobię wystarczająco dużo pieniędzy, by moja rodzina mogła wieść życie jak w Madrycie. Przynajmniej tyle mogę zrobić.
Rozumiem wszystkie Wasze demony, czy to znaczy, że stałam się jednym z nich?

wtorek, 24 grudnia 2013

Czasami to, co najbardziej prawdziwe, dzieje się tylko w wyobraźni. Wspominamy tylko to, co nigdy się nie wydarzyło.

Tak naprawdę jestem już martwa, po prostu nadal oddycham. Umieram każdego dnia, godzina po godzinie. Nie jestem w stanie zliczyć wszystkich momentów, w których niczego nie pragnęłam bardziej od śmierci. Dni ciągną się nieubłaganie, za to czas płynie powoli, czasem nawet zatrzymując się w miejscu, pozwalając mi spojrzeć w niebo i przez tę jedną chwilę mieć nadzieję.
 Nadzieja-coś, co straciłam dawno temu, tak dawno, że nawet nie pamiętam, czy kiedykolwiek ją miałam. Kto wie, może tylko wyobrażam sobie, że kiedyś byłam inna. Świat w którym żyję egzystuję, pustka, która mnie otacza pozbawia mnie nieubłaganie złudzeń, którymi zwykłam się karmić. Wskazówki zegara bezgłośnie płyną, nie mówiąc ani słowa, jakby potrafiły tylko biernie patrzeć i akceptować fakt, że stopniowo zmierzam ku autodestrukcji i nikt nie jest w stanie mnie powstrzymać.
 Nikt nie wie. Zbudowałam wokół siebie mur, stworzyłam doskonałą parodię osoby którą jestem, tylko po to, żeby nikt nie wpadł na głupi pomysł ratowania mnie. Przeklęty paradoks, za wszelką cenę nie chcę być uratowana, jednocześnie czekając tylko na to. Magiczny dzień, w którym wszystko się zmieni, świat obróci się o 180 stopni i głosy w głowie powiedzą mi, że jednak warto żyć.
 W marcu kończę 18 lat. Równie dobrze mogę napisać, że kończę 80, bo czuję się jak osiemdziesięciolatka, zmęczona życiem i wszechobecnym prymitywizmem, reprezentowanym przez ludzi których znam. Bezmyślna, bezcelowa gonitwa, życie z dnia na dzień, szkoła-chłopcy-bałagan w pokoju-szkoła-ploteczki-szkoła-chłopcy. Żyją z zamkniętymi oczami, jak zwierzęta, których jedynym celem jest zaspokajanie swoich podstawowych potrzeb. Nie czytają, nie czują, nie widzą, pokazują to, co spodoba się innym. Ich własne poglądy, powody ich istnienia lub nieistnienia chowają tak głęboko w sobie,jak tylko mogą, bo boją się osądu i odrzucenia. W końcu o nich zapominają, a nazywają to dorosłością.
 Jestem Piotrusiem Panem i nigdy nie dorosnę. Nigdy się nie zestarzeję, zawsze będę młoda i piękna. Żyć mogę tylko sercem, w moim własnym prywatnym świecie, w którym magia spotyka się z rzeczywistością, miłość jest wieczna i dobro zawsze zwycięża.

   Kierowana chęcią znalezienia samej siebie gubiłam się miliard razy. Próbowałam, naprawdę próbowałam dostosować się do tego świata, ale cóż. Zwykłam mówić, że nie to serce i nie ta dusza. Urodziłam się w złej epoce, skoro większość docierających do mnie informacji powoduje, że mam ochotę podciąć sobie żyły. Wszystko czego ode mnie oczekują, to to, żebym w końcu zeszła na ziemię i zaczęła być taka jak oni. Niedoczekanie. Wolę być martwa, niż normalna.

piątek, 20 grudnia 2013

Czwartek

Ja umrę, Ty zapomnisz, ale księżyc będzie pamiętał za nas dwoje.

Wiecie.. opowiem Wam coś.
Okej, wiem że mnie czytacie, niektórzy od niedawna, inne osoby od samego początku, to dla mnie bardzo ważne, serio, bo dzięki Waszym komentarzom zawsze miałam świadomość, że nie jestem sama i to dawało mi trochę siły.
Nie wiem od którego momentu zacząć, więc zacznę jak w baśniach.
Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami i za siedmioma rzekami w zamku na końcu świata mieszkała piękna królewna. Była utalentowana i mądra i zachwycała wszystkich sposobem w jaki istniała.
Pewnego dnia w trzeciej klasie podstawówki na konkursie recytatorskim zobaczyła Pana S. i wiedziała, po prostu wiedziała. Jako dziesięciolatka miała w sobie wystarczająco dużo dorosłego, żeby wiedzieć i wystarczająco dużo dziecka, żeby resztę sobie wymyślić.
Ale była dzieckiem i miała nadzieję i nie chciała jeszcze umierać, przynajmniej zanim nie pozna słodkiego smaku miłości.
(Nie)szczęśliwym trafem zdarzyło się, że księżniczka i Pan S. poszli do tego samego gimnazjum i nic, niebo nie spadło, a nawet jeśliby spadło, to księżniczka i Pan S. byli na ziemi i byli bezpieczni.
Ale przyszedł dzień w którym wszystko się zmieniło. Ostatniego dnia wakacji, nagle, absolutnie przypadkiem na siebie wpadli. Księżniczka wiedziała już wcześniej, ale Pan S. dowiedział się dopiero wtedy i nagle świat zaczął istnieć trochę inaczej i był trochę ładniejszy niż chwilę przedtem.
Przynajmniej oczami księżniczki.

Kilka tygodni później Pan S. napisał do mnie i zaczęliśmy rozmawiać, długo i o pięknych rzeczach. I wiedziałam, że teraz jestem na swoim miejscu. Miałam wszystko. Ten jeden raz w życiu byłam tak blisko gwiazd jak jeszcze nikt i nigdy. Świat leżał u naszych stóp.
Pan S. był.. jest imponujący. Cholernie charyzmatyczny. Cholernie popularny i cholernie inteligentny. "Cholernie" pasuje tu tak ulał. I wyobraźcie sobie, że przez chwilę mogłam być skąpana w blasku który roztaczał i co więcej, mogłam lśnić razem z nim. I taka jest prawda, ja błyszczałam, płynęłam różowym taśmociągiem i czułam, tak bardzo mocno wtedy czułam, że on ma to coś, i że ja też to mam, i że razem możemy być wielcy.
Dni płynęły powoli. Każdego wieczora czekałam na wiadomość od niego, albo sama pisałam i rozmawialiśmy, rozmawialiśmy i pamiętam te wszystkie noce, kiedy wyłączałam komputer o czwartej nad ranem, bo byłam zbyt zajęta k o c h a n i e m, i nie sposób było mi wmówić, że sen jest do czegokolwiek potrzebny. Ale nic nie trwa wiecznie. Wszystkie bajki kiedyś się kończą,a moja skończyła się 17 stycznia 2012r, dzień przed jego urodzinami, na dyskotece szkolnej, kiedy zobaczyłam go z nią.
I to bolało

Tak jak czasami zamroczeni sięgamy po telefon rano, wybierając półświadomie opcję "drzemka", tak ja wybrałam. Przebudzona z mojego snu miałam świadomość, że została mi tylko marna namiastka tego, co miałam do tej pory. Postanowiłam jednak zaczekać. Jak się pewnie domyślacie, był to duży błąd. Nie, błędem było, że w ogóle go poznałam, że zobaczyłam go wtedy w trzeciej klasie, kiedy ogłoszono jego zwycięstwo. I jeśli miałabym możliwość cofnięcia czasu, to uwierzcie mi.. przeżyłabym to znowu. Nie zmieniłabym nic. Znalazłam to, czego ludzie szukają przez całe życie, czasami nawet tego nie znajdując, smakując tylko skrawków uczucia, które zmienia wszystko. Widzicie, ja to miałam. Przez te kilka miesięcy naprawdę, naprawdę kochałam. I nie był to żaden związek, ani nic w tym stylu, zwykła znajomość, ale jednak..

Nasze stosunki po jakimś czasie wróciły do normy. Nie byłam już nikim szczególnym, ale nadal istniałam w jego życiu. A on istniał w moim. Jak skazujący i skazaniec, kat i ostrze, tak my wirowaliśmy w naszej skomplikowanej-niby-relacji i nadal trochę istnieliśmy, ale nie tak bardzo jak wcześniej. Błyszczeć mogłam tylko przy nim. Tylko przy nim mogłam być prawdziwą sobą.
Wtedy zaczęłam gasnąć.
Drugiego marca odbywał się w naszej szkole apel o PRL-u, ale nie taki szkolny, tylko taki dla dorosłych, o 17 czy 18. Pamiętam jak wstyd mi było podejść tego dnia do dyrektorki i zasmarkana przeprosić za przeziębienie się. W domu zjadłam garść tabletek i wypiłam dwie herbaty z cytryną i miodem. Na apelu prawie nie było słychać, że mówię przez nos. Byłam genialna. Po moim występie ludzie pytali się mamy mojej koleżanki, kim jestem. Moi rodzice jak zwykle mnie wtedy olali i pewnie nawet nie wiedzieli, że gdzieś występuję. Po udanym apelu wybraliśmy się wszyscy na plenerowe afterparty przy latarni, która gasła co kilka minut. Powiedział, że jest zimno, więc wzięliśmy się za ręce. I nikt nie musiał nic mówić. Mieliśmy odprowadzić naszą koleżankę do domu, ale wyszło tak, że cała ekipa poszła chodnikiem, jak cywilizowani ludzie, a my, w skowronkach, szliśmy zamarzniętą polną drogą, gadając o tym jak jest romantycznie i jaka szkoda, że nie ma pełni. Księżyc był chwilę po pierwszej kwadrze, lekko zaokrąglona połówka. Przytuliliśmy się na koniec i rozeszliśmy, każde wracając do swojego życia, on do dziewczyny, ja do mojego zawalonego świata.
Od tygodnia planowaliśmy tę imprezę i pomimo deszczu, gradu, śniegu i chwil słońca tamtego dnia, 31 marca, wszystko się udało. Ubrałam się najcieplej jak mogłam, tego dnia szczególnie dokładnie wyprostowałam włosy. Chciałam lśnić, a przynajmniej udawać, że nadal potrafię. Po pierwszych piwach przykleiliśmy się do siebie i siedzieliśmy tak już do końca. Oparliśmy się czołami i patrzeliśmy sobie w oczy. W tym momencie zginęlibyśmy pierwsi, gdyby niebo zaczęło się walić.Pamiętam dokładnie, na oparciu której ławki przy lasku siedzieliśmy i rozmawialiśmy o planach na przyszłość. I ten moment w którym on strzepał płatek śniegu z rękawa mojego płaszcza. Bo wtedy padał śnieg. Trzydziesty pierwszy marca dwa tysiące dwunastego roku jest najszczęśliwszym dniem mojej egzystencji. Jest tym dniem o którym pomyślę, kiedy będę cicho czekała i liczyła ostatnie chwile mojego życia, po wzięciu wszystkich tabletek świata i popiciu morzem wódki.
Dwa dni później przestaliśmy się do siebie odzywać. Dla dobra jego związku lepiej było żebyśmy nie utrzymywali żadnego kontaktu. Moje życie zaczęło toczyć się powoli dalej dopiero po pójściu do liceum, specjalnie innego niż to, które wybrał on. Pół roku, tamto pół roku, zniknęło z mojej pamięci. Nie pamiętam, nie pamiętam. Nie sposób mi sobie przypomnieć tego czasu, tylko urywki obrazów, nic więcej.
Powoli mój umysł zaczął budować świat na nowo, cegiełka po cegiełce, pusty w środku mur, a w nim ja. Bez cegiełek zrobionych z miłości nie ma prawdziwej fortecy, tylko marna, dziurawa osłonka, chroniąca prawdziwą mnie przed światem. Przy większym podmuchu wiatru mój mur rozleci się niczym domek z kart, a ja rozlecę się wraz z nim, rozsypię się na drobne kawałeczki. Nie ma już tego światła, które trzymałoby razem wszystkie komórki mojego ciała. Czasami tylko, kiedy odważę się na chwilę wpuścić kogoś do środka, ten ktoś mówi mi, że nadal widzi ogień w moich oczach. Ale to tylko odbicie światła, którym zwykłam być. Cień prawdy, moment, w którym gwiazdy świecą najmocniej, tuż przed wschodem, kiedy wiedzą, że zbliża się dzień, biorą w płuca duży haust powietrza i cieszą oczy widzów blaskiem swej ostatniej chwały.
Miłość.
W języku polskim nie ma dobrego tłumaczenia dla "bittersweet". Słodko-gorzki, to nie to. To jedno słowo, jedno uczucie. Bittersweet.
Miłość, zabija cię kiedy cię spotyka, jak i wtedy kiedy cię omija.
Ostatni raz mieliśmy jako taki kontakt w maju tego roku, na spotkaniu naszego rocznika, kiedy pijani polecieliśmy w ślinę.
Widziałam go dzisiaj. Mój osobisty powód wszystkiego. I nic, i nic.
Ale powiem Wam jedno, to była jest prawdziwa miłość. Naprawdę prawdziwa miłość, spotykana rzadziej niż DMT w czystej postaci. Moja własna bajka, którą mogłabym opowiadać wnukom, o ile kiedykolwiek miałabym wnuki, albo dzieci, a wiem że nie będę mieć, bo jestem niestabilna, i jedyne co mam to zegar bez cyfr odmierzający moje ostatnie chwile.

Pamiętajcie, że kochałam. I że to miłość skazała mnie na śmierć.

środa, 11 grudnia 2013

Wtorek.

Ależ to musi być frajda być naprawdę wybitnym pisarzem, nawet jeśli na końcu czeka nas romans ze strzelbą.

-Nie, bo białko 
-Sorry ćwiczę
-Ostatni raz jadłam mięso, yyy, dzisiaj
-W biblii jest napisane, że mamy prawo..
-Zwierzęta nie mają uczuć
-Przesadzasz
-Ta krowa i tak jest już martwa
-Ludzie od zawsze jedli mięso

Wrażliwość jest cechą ludzką. Szkoda, że tak późno przejrzałam na oczy. Jakkolwiek by nie patrzeć zabicie innej żywej istoty jest morderstwem. Hodowla zwierząt w calach spożywczych jest chyba najbardziej hańbiącą ludzkość praktyką. 
Na poziomie na którym jestem, mogę powiedzieć tyle, że życia ani cierpienia nie można wartościować. Mówiąc "nie można" mam na myśli "musn't". Mówienie, że jako jednostki z "duszą" mamy prawo zabijać, czy wykorzystywać zwierzęta jest najbardziej absurdalną rzeczą jaką kiedykolwiek słyszałam. Czego to ludzie nie wymyślą, by bronić swoich przekonań?
Jadłam mięso odkąd pamiętam, mięso i ryby, nie myślałam o tym, żeby przestać z prostego powodu- uwielbiam smak mięsa. Mięso, w każdej postaci, jest pyszne. Przestałam jeść bo obejrzałam to, może jakiś czas wcześniej, w każdym razie film ten dużo mi dał i naprawdę gorąco polecam Wam go obejrzeć. 
Jestem wegetarianką już od roku i pół. Lepiej późno niż wcale. 
Miałam okropny dzień, byłam na zjeździe, przejebałam matmę. Od dwóch dni zadowalam się kawą i jakimiś stoma kaloriami. Psychicznie jest ze mną naprawdę źle, ale to jest okej. Nawet jeśli do tej pory udawało mi się wierzyć w iluzję świata, w jaką wszyscy wierzą, to już się skończyło. Nie ma odwrotu, sama skazałam się na cierpienie. Ciężko jest mi stwierdzić, czy jest coś pięknego w złu, które w końcu widzę, czy nie. Obnażona prawda próbuje omamić mnie słodką melodią swoich kłamstw. Nie, to nie żadna psychoza. Nie okres, nie dojrzewanie, nie gorszy dzień, nie użalanie się nad własnym losem, tylko po prostu prawda, zalewająca chyba zbyt szczelnie zakamarki mojego umysłu. Na świecie jest tyle nieszczęścia i tyle cierpienia, a ludzie nieświadomie siedzą w swoich ciepłych łóżkach, wcinając różowe pączki i oglądając świąteczne odcinki swoich seriali. 
Nie wiem o czym w ogóle piszę, moje pace bezwiednie błądzą po klawiaturze szukając odpowiednich słów. Nie znajdą ich nigdy. Nie istnieją w żadnym języku słowa które wyraziłyby prawdziwą prawdę, bo wówczas ludzkość nie przetrwałaby ani momentu dłużej, wszyscy chwyciliby za noże i z uśmiechem przebili sobie serca.

wtorek, 10 grudnia 2013

Poniedziałek.

Dzieci nieba
Szaleni astronauci 
W butach z prawdziwej skóry
Naszych niewinnych braci
Skażeni krwią przyjaciół
Oblani glorią wrogów 
Patrzymy na nasze palce
Całe we krwi 


 Weno, wróciłaś. A może odwiedzasz mnie pierwszy raz? Nagle wszystko rozumiem. Od tylu lat, a może pierwszy raz wiem dlaczego jestem i co powinnam robić.  Oczywiście, że powinnam pisać. To proste jak biała ścieżka do raju. Żałuję, że tak niewiele pisałam, że nie próbowałam. Zmarnowałam bardzo wiele czasu na robienie rzeczy, które nic nie wniosły do mojego życia. Na szczęście się opamiętałam.
Szkoła, szkoła. Jestem w dobrym liceum i wiele się ode mnie wymaga. Nie zawsze sobie radzę. To znaczy- nie zawsze staram się wystarczająco mocno. Może to lenistwo, pewnie tak. Z drugiej strony czasami po prostu jestem w tak złym stanie, że nie w głowie mi nauka.
 Jasne, że warto skończyć liceum i dostać się na dobre studia. Nie mówię że nie, w końcu dla niektórych ludzi to jedyna droga do sukcesu. Szkoda że tak wiele osób z mojego otoczenia zapomniało o tym, że są też inne opcje. Przekładanie szkoły ponad wszystko, szufladkowanie ludzi na podstawie ich ocen, a w końcu ogromna presja ze strony rodziców czynią nas niewolnikami systemu. Przeświadczenie, że tylko dzięki papierkowi zwanym maturą można osiągnąć coś w życiu. Zaniedbywanie swoich zainteresowań. Jasne, jeśli kogoś od dziecka interesuje medycyna, to śmiało, niech idzie na medycynę. Ale robienie czegoś na siłę, wbrew sobie, najczęściej prowadzi do stopniowej autodestrukcji. To niezdrowe, niezdrowe uczyć się, bo "bez matury nic nie osiągnę".
 Wczoraj powiedziałam sobie, że jeśli przejebię matmę i nie zdam, nic się nie stanie. Niebo się nie zawali. Jasne, będę się starać żeby mieć na świadectwie chociaż tę dwóję, ale jeśli złe oceny mają zniszczyć mi życie, to wolę się na to nie pisać. Mam już prawie 18 lat, wyjadę za granicę na przysłowiowe truskawki, zmienię otoczenie, nabiorę nowych doświadczeń. Za parę lat wrócę z gotówką w kieszeni, pójdę do liceum dla dorosłych, a potem na studia- jeśli będę chciała. Po studiach i tak nie znajdę pracy, więc jeśli to zrobię, to tylko ze względu na własne zainteresowania. To dobry plan, tak myślę. Dobra alternatywa. Lepsza niż 20 lat nauki+40 lat pracy której nienawidzę.
 Na moje szczęście, mam rodziców, którzy zaakceptują każdą moją decyzję. Nigdy nie kazali mi być najlepszą. Uczyłam się dobrze, bo jestem inteligentna i tyle. Szkoła nie była dla mnie priorytetem, a moje oceny nie decydowały o tym, jak siebie widziałam. Teraz chodzę do szkoły "bo chcę", chociaż wcale nie chcę. Długo by wymieniać dlaczego nie lubię szkoły. Chyba najbardziej boli mnie to, że szkoła niszczy w ludziach chęć zdobywania wiedzy. Przecież wszyscy wiemy jakie to fajne, poznawanie nowych kultur, języków, nauka o religiach i o funkcjonowaniu świata w którym żyjemy. Szkoła zrobiła z naturalnej ciekawości człowieka przykry obowiązek. Tata system kolejny raz wypełnił nam pustkę w życiu, odkąd skończyliśmy siedem lat uczynił nas swoimi niewolnikami. Drugie, to chęć rodziców do układania życia swoim dzieciom. Szkoły muzyczne, balety, baseny i same szóstki. Wymaganie od dziecka czegoś, czego sami nie zdołali osiągnąć, wychowywanie małych, lepszych kopii samych siebie. Tacy ludzie nie powinni być rodzicami, bo mimo tego że chcą dobrze- niszczą dziecko.
 Trochę zboczyłam z tematu. Na etapie, na którym jestem nie potrzebuję sztabu specjalistów, żeby stwierdzić, że pieniądze szczęścia nie dają. Bo przecież po to to wszystko, dla pieniędzy, dla podróży i awansu społecznego. Jak zwykle wszystko kręci się wokół jednego. I od razu mówię, to nie tak, że nie lubię pieniędzy. Ba, ja kocham pieniądze. Wszystkie piękne rzeczy które można za nie kupić, wszystkie miejsca, które można dzięki nim odwiedzić, wspaniały dom który można za nie wybudować, chęć zobaczenia wszystkiego, życia w sposób, w jaki chcę żyć. Ale, chłodno kalkulując- szkoła, nauka i praca mi tego nie dadzą. Moi rodzice pracują już tyle lat i co? Milionerami jak nie byli, tak nie są. Zarabiają po prostu tyle, by starczyło na normalne życie. Ale co to za życie? Codzienna monotonia, szara gonitwa, brak czasu na cokolwiek. Nie dopuszczam do siebie myśli, że takie będzie moje życie, nudne i szare, praca-dom-praca-nowa lodówka-praca, praca, praca.. Wolę być martwa, niż żyć w ten sposób.
 Grunt, to znaleźć to, co się kocha i zacząć na tym zarabiać. Tak mówią wszystkie poradniki i ja też to mówię. Jasne, że normalna praca przyniosłaby mi satysfakcję, chociażby to zbieranie truskawek o którym wspominałam. Ale dążę do czegoś więcej, niż do całego życia z koszyczkiem w ręku.
 Jako dziecko byłam przekonana, że stworzona jestem do większych rzeczy i teraz znowu w to wierzę. Nie wiem jakim cudem, ale znalazłam w końcu siebie, tę prawdziwą, taką, którą zawsze chciałam być. A przecież cały czas tam byłam, w środku, pod powłoczką tej nieszczęśliwej zagubionej osoby. Wszystko jest nagle takie jasne i proste, że wydaje się, że zawsze patrzyłam w kierunku do którego zmierzałam, chociaż to kompletna bzdura, bo przecież tyle razy się gubiłam. Czy dorosłam?
 Chcę być pisarką. Piszę dobrze. Mam wyobraźnię i otwarty umysł, jestem kreatywna, czasem nawet natchniona. To nie tak, że wydam pierwszą powieść i od razu będę milionerką. Wiem, że czeka mnie jeszcze naprawdę wiele pracy, zanim zdołam chociażby zacząć pisać książki. Łatwiej dorobiłabym się mając normalną pracę, ale normalna praca nie jest tym, czego oczekuję od życia.
 Piszę te wszystkie rzeczy i naprawdę w nie wierzę. Przynajmniej teraz, wpół do drugiej nad ranem, kiedy powinnam uczyć się na poprawę z matmy, słówek na francuski, albo przynajmniej spać.
 Nie zdziwię się, naprawdę się nie zdziwię, jeśli jutro znowu będę emo-sobą, moje-życie-nie-ma-sensu-nikt-mnie-nigdy-nie-pokocha-gdzie-są-moje-żyletki. To jest u mnie całkowicie naturalne. Mam pograniczne zaburzenie osobowości, jestem uzależniona od kropelek do nosa i za cholerę nie potrafię robić dobrego pierwszego wrażenia, ale to jest w porządku. Kocham siebie. Naprawdę, kocham siebie. Może nie z zewnątrz, bo nadal jestem 20 kilo większa niż pragnę być, ale kocham swoje wszystkie wewnętrzne cechy, bez podziału na dobre i złe, ponieważ one tworzą prawdziwą mnie, taką, jaką widzę siebie we wnętrzu mojego umysłu.

sobota, 7 grudnia 2013

Sobota.

Zamiast wierzyć, albo nie wierzyć - wątpię. I wątpienie jest moją religią.


 Powinnam iść do psychologa, psychiatry, księdza, albo kogokolwiek kto oficjalnie mógłby uznać, że mam nie po kolei. Bo mam, nie zachowuję się normalnie, tańczę na granicy psychozy. To wszystko, cięcie się, głodzenie, a potem jedzenie wszystkiego co wpadnie mi w ręce, zmierzanie ku autodestrukcji, nastroje zmienne niczym pogoda, jedzenie tabletek jak cukierków.
 Czasami jest tak źle, że chodzę po domu zapłakana, mówię do siebie, trzęsę się, robię jedzenie, a potem je wyrzucam. Zachowuję się irracjonalnie, jak rasowy mieszkaniec domu wariatów. To straszne, moi rodzice nie wiedzą co robić. Ja też nie wiem. Nie wiem co się stało, że jestem taka nieszczęśliwa, mimo tego, że mam wszystko czego mi do szczęścia potrzeba.
 Jak byłam mała oglądałam dużo bajek, nie żadnych kreskówek na CN bo nie mieliśmy kablówki, tylko tych prawdziwych, dialogi z których znałam na pamięć, piosenki z których śpiewałam kiedy nikt nie słyszał. Brakuje mi tych chwil, chciałabym żeby było jak dawniej. Moja wyobraźnia była wtedy taka prawdziwa, nie musiałam niczego palić, żeby móc pisać. Byłam taka pewna siebie i mój uśmiech zawsze był szczery. Będąc dzieckiem nigdy nie myślałam o tym, że gdy dorosnę będę chciała się zabić. Wierzyłam, że spotkam kiedyś księcia na białym koniu i będę żyła długo i szczęśliwie. Nadal cicho wierzę. Nadzieja jest ogniem, warto mieć w sercu przynajmniej mały promyczek. Czekam, czekam. Jestem prawie dorosła i nadal wierzę w bajki i szczęśliwe zakończenia. Czy to źle? Czy naprawdę aż tak wielkim społecznym nietaktem jest wiara? Magia musi istnieć, dzień w którym przestanę w nią wierzyć będzie moim ostatnim, przysięgam. Przeklęta rzeczywistość, nie dziwię się, że jest ze mną tak źle, skoro codziennie stykam się z wszechobecną n o r m a l n o ś c i ą. Każdą komórką ciała(a tych komórek jest naprawdę sporo) nienawidzę tego świata. Wszyscy biegną, cholera wie gdzie, uczą się, śpią i jedzą o ustalonych porach. Co to za życie? Swoje najlepsze lata spędzają w szkole, by następne 40 harować jak woły na polu, dla dwóch tygodni na Ibizie i nowych telefonów dla dzieci. Nie chcę takiego życia, jest okropne. Nie wyobrażam sobie, że kiedyś kupię telewizor, samochód, czy cokolwiek tylko po to żeby sąsiedzi widzieli i zazdrościli. Nie wiem, może jeszcze nie dorosłam do tego, by żyć w prawdziwym świecie, jeśli tak, to nie chcę dorastać już nigdy. Jak normalność może komukolwiek wystarczać? To chore, wszyscy wokół są chorzy, tylko ja jestem normalna, bo pragnę prawdziwego życia. Nie chcę być niewolnikiem systemu, chcę być wolna. Jedyne czego pragnę to wolność. Wolna mogę żyć.

wtorek, 3 grudnia 2013

Wtorek.

Dob­re chwi­le dzi­siej­sze­go dnia są smut­ny­mi wspom­nieniami jutra.


Wpół do czwartej. Powinnam spać.
Czas mija powoli, czasem nawet zatrzymuje się na moment. Te ciche chwile w których jestem tylko ja i ja wydają mi się ostatnio coraz bardziej puste. Jakby ulatywało ze mnie to co najlepsze. Nie mam już o czym myśleć, więc absorbuję mój umysł dziesiątkami problemów, właściwie wziętych z dupy, których tak naprawdę nie mam i na które nie mam co liczyć.Gdybym nie traciła tyle czasu na myślenie o głupotach, już dawno byłabym milionerką, albo przynajmniej byłabym martwa. Chodzi mi oczywiście o chłopców i wszystko co się z nimi wiąże. Jakby lustro nie było wystarczającym dowodem na to, że nigdy nikogo nie znajdę. Głupia naiwna Anastazjo, dziewczyny dużo brzydsze od Ciebie mają chłopaków. Co różni mnie od nich? One mają po kolei w głowie.
 Spałam całą sobotę i całą niedzielę. Przerażające. Wstawałam tylko do łazienki i na jedzenie, chociaż to drugie mogłam sobie darować. Moja skóra ledwo już trzyma cały ten tłuszcz. Boję się że nadejdzie dzień, kiedy pęknie i zostanie ze mnie mokra breja.
 Jestem głupią parodią siebie. Nie powinnam wyglądać tak jak wyglądam, powinnam być piękna i doskonała, zachwycać wszystkich, być warta miłości. Uśmiechać się i tańczyć. Niedługo przestanę mieścić się w drzwiach. Pewnego dnia obudzę się idealna i wszyscy zobaczą. Zakładając oczywiście że do tego czasu nie podetnę sobie żył.

czwartek, 28 listopada 2013

Czwartek.

What a fine day! Can’t choose whether to drink tea or to hang myself.


*Chujowy post, stracisz 2 minuty życia*
 Oh i takich momentów właśnie nie lubię, kiedy zabieram się za nowy post, a wena ulatnia się niczym zapach magicznych ziółek z mojego pokoju po otwarciu okna i odtańczeniu koślawej wersji tańca deszczu.
 Nie wiem, w sumie pierwszy raz w życiu mam prawdziwy problem, a nie jakiś problem "z dupy wzięty" jak to zwykle w moim przypadku bywa. W poniedziałek kolejny raz zawaliłam matmę, czuję się z tym okropnie. To nie tak że się nie staram, czy nie uczę, po prostu no.. głupia matma. Chociaż w sumie to trochę rozumiem, w końcu przez całe życie miałam dobre oceny bez najmniejszego wysiłku, teraz mam za swoje, karma mnie dopadła niech żyje sprawiedliwość.
 Od dwóch dni nie chodzę do szkoły, straciłam motywację po wyjściu ze sprawdzianu w poniedziałek. W domu udaję że mam gorączkę i jest mi słabo. Jezu, ale mam suche ręce. Jem kiedy mi się przypomni, jak nie pamiętam to nie jem. Najchętniej rzuciłabym to wszystko w cholerę i nie szła więcej do tej głupiej szkoły, ale mam tam przyjaciół i to trochę głupie, poddać się, bo jeden przedmiot mi nie idzie. Jak nie zdam to będzie to moje największe upokorzenie ever, wtedy pozbieram wszystkie drobne z domu, polecę do Australii i zamieszkam z kangurami, a wieczorami będę śpiewała piosenki razem ze stadem czarnych wdów, które potraktują mnie jak swoją.
 Po co w ogóle się staram, przecież i tak niedługo ze sobą skończę. W przyszłości chciałam być milionerką, a zostanę samobójcą, so close.

niedziela, 24 listopada 2013

Niedziela.

Oboje dążyli do wspólnego celu, bo on kochał i pragnął ją wielbić - a ona kochała i pragnęła być uwielbiana.


 Iskrzące się płatki śniegu powoli dotykają suchej ziemi i umierają. Niech nikt mi nie próbuje teraz wmówić, że dotknięcie ziemi jest bezpieczne. Umrę jak one, roztopię się, użyźnię glebę moim martwym ciałem i dziurawą duszą.
 Życie płynie powoli, sekunda po sekundzie zbliżam się ku ostatecznemu końcowi, tik tak. Będę musiała mocno się rozpędzić, żeby przebić powłokę po której obecnie stąpam. Nie jestem pewna czy 20 pięter wystarczy. Może lepiej rzucić się z samolotu, raz, a dobrze. Ha, i dotknę ziemi, w końcu zrobię to o co mnie prosicie.
 Przez ostatni tydzień (nie uwierzycie) byłam na prawdziwej diecie. Nie kłamię teraz. Jadłam grzecznie i o stałych porach. Nie pisałam przez tak długi czas, ponieważ nie miałam komputera, a do pisania na telefonie potrzebne byłyby mi trzy opakowania żyletek i pół tortu superczekoladowego z podwójną polewą czekoladową i czekoladą. Także nie.
 Tak sobie czasem myślę i myślę, co sprawiło że jestem taka inna. Co we mnie jest takiego wyjątkowego, że ja to ja, a inni to szara masa bezbarwnych myśli skazanych na życie w normalnym świecie. Nie wyobrażam sobie dnia, w którym obudzę się rano i powiem "akceptuję rzeczywistość" i mój świat w jednej chwili umrze, cała magia którą dostrzegam, wszystko runie jak domek z kart, bo mi zachce się ukracać sobie cierpień. Nie ten umysł i nie to serce. Wszakże wszystko ma swoją cenę, a ja jestem zbyt szczęśliwa by ją płacić. Zbyt szczęśliwa i zbyt nieszczęśliwa, odwieczny paradoks, skazana na wszystko co najgorsze i wszystko co najlepsze.

Do gwiazd, do gwiazd.

sobota, 2 listopada 2013

Sobota.

Jak nieszczęśliwym trzeba się czuć, by życie wydawało się gorsze od śmierci?

 Od jakiegoś czasu jest mi gorzej. Wiem, że przyjdzie dzień, w którym będę odważniejsza. I może to nie jutro, nie za tydzień, nie za miesiąc. Może nawet nie za rok. Ale wiem, czuję to w powietrzu i w sercu, że nadejdzie dzień w którym będę gotowa odebrać sobie życie.
 Jestem w tak okropnym stanie, że nawet najlepszy psychiatra świata nie dałby rady mi pomóc. W mojej głowie jest już miejsce tylko na planowanie własnej śmierci. Nie widzę swojej przyszłości. Chylę się ku upadkowi jak ptak pozbawiony skrzydeł. Wszystko, cała szopka którą odgrywam jest wołaniem o ratunek, chociaż nie chcę być uratowana. Nikt nie wie.
 Nikt nie może wiedzieć, nikt nie ma prawa się domyślać. Codzienny teatrzyk zabija mnie, wypala dziurę w mojej duszy, na coraz mniejsze kawałki rozdrabnia moje serce. Nic już we mnie nie zostało. Nie wiem już kim jestem, w pogoni za szczęściem zgubiłam siebie. Nic tak naprawdę nie ma znaczenia, świat jest tak okropnie pusty i przewidywalny i szary i nie ma już dla niego ratunku. Ludzie przerażają mnie, najbardziej tym, że zapomnieli słów które mieli pamiętać, że nie śpiewają i nie marzą. Ich umysły są zamknięte, jak białe pomieszczenia bez okien i klamek. Szukają sensu w rzeczach błahych, przywiązują się do wszystkiego co bezwartościowe. Żyją jakby byli martwi, w lesie bez drzew, w oceanie bez kropli wody, dryfują między jawą i snem. Nigdy nie przejrzą na oczy.
 Ah, my romantycy mieliśmy zmienić ten świat, a zamiast tego odziani w dekadencję spadamy w otchłań, modląc się o twarde i bolesne lądowanie. Kupiliśmy bilet w jedną stronę do piekła, bo wolimy wieczne potępienie od bezwartościowego świata, w którym dane nam jest żyć.
 Żyć mogę tylko dziesięć metrów nad ziemią, albo trzy metry pod nią. Grawitacja mnie nie dotyczy, toruję sobie drogę przez prawa fizyki, by tylko nie popełnić błędu, którzy popełnili wszyscy inni; dotknąć ziemi. "Kto nie dotknął ziemi ni razu, ten nigdy nie może być w niebie." Nic po sobie nie zostawię. Nie napisałam książki, wiersza, piosenki, nie namalowałam obrazu, jestem artystą bez talentu, niczym się nie wyróżniam. Za to mam wystarczająco dużo odwagi by nie bać się zrobić ten jeden krok więcej, między krawędzią życia i śmierci. Nie boję się śmierci, lękam się tego świata, że zabije mnie, zniszczy wszystko co we mnie najlepsze, tak jak zrobił to z innymi.
 Wszystko marność, patrzę ludziom w oczy i widzę w środku pustkę.

wtorek, 24 września 2013

Poniedziałek.

Świadomość śmierci pobudza do życia.


 Nie wiem jak wypełnić mój czas. Nawet nie wiem ile mi go właściwie zostało. Nie założę rodziny, to pewne, jestem zbyt niestabilna, mogę skoczyć z wieżowca, bo w szafce nie będzie mąki. No, chyba że znajdę kogoś, kto mnie ogarnie, ale to graniczy z cudem, a cuda się nie zdarzają.
 Mogłabym ogarnąć się sama, żyć sobie po swojemu, ale tak bardzo bardzo boli mnie to jak mało widzą inni ludzie, że wizja ocięcia się od tego syfu była by z mojej strony egoizmem. Może przesadzam, może każdy wieczorem myśli sobie "Kurczę, skąd wziął się wszechświat"? Skąd wzięło się moje myślenie, że otaczający mnie ludzie są bandą debili z klapkami na oczach; dom-praca-paciorek-nowa pralka-spanie-praca-szkoła-bałagan w pokoju. Skąd wzięło się moje przeświadczenie o własnej wyjątkowości? Ogniu próżności, jakże ciężko pozbyć się ciebie z serca. Odkąd pamiętam kazali mi być normalną i chodzić do kościoła i nie kosić trawy w niedzielę, bo sąsiedzi pomyślą, że jesteśmy rodziną satanistów i jemy koty. Przeurocze, im dłużej żyję tym większy opór chcę stawiać. Ludzie mówią mi rzeczy które nie są prawdziwe i każą wierzyć w nie dla mojego dobra, bo kiedy człowiek zaczyna myśleć, zaczyna wariować, taka jest prawda. Z perspektywy czasu widzę że moje życie zostało z góry zaplanowane, nie wiadomo przez kogo, wiadomo tylko że przez kogoś kto uważa nas wszystkich za szarą masę, która dzięki praniu mózgu nie będzie sprawiać większych problemów.
 Ludzie są tak podatni, tak łatwo ich zmanipulować. Ludzkość cofa się do punktu w którym przestaje odróżniać dobro od zła. Któż dzisiaj jest dobry? Ludzie uważają że są dobrzy bo nie przeklinają i chodzą do kościoła co niedziela. Kiedy myślę o praniu mózgu jakie nieświadomie zafundowali mi rodzice chce mi się wymiotować. Poważnie, kto normalny każe dziesięciolatkowi skorzystać z takiej atrakcji jak spowiedź, żeby biedaczek przekonał się jaki to jest zły i paskudny i zasługuje na ogień piekielny. Wmawiają takiemu dziecku, już od przedszkola, że nie ma żadnej wartości, że jest nic nieznaczącym człowiekiem w obliczu kogoś lepszego, kto go stworzył, przez co trzeba oddawać mu cześć, przy okazji pozbywając się poczucia własnej wartości.
 Głupi system, nienawidzę go. Mam wrażenie że wszyscy dookoła żyją w jakimś matrixie, a tylko ja jestem na tyle inteligentna, by zauważyć  że to wszystko jest iluzją. Pozorne szczęście, kiedy znajdujesz męża i zarabiasz wystarczająco dużo, żeby zapłacić za nowe samochody dla polityków, więzienia, drogi których nie ma, kablówkę, a potem zostaje ci jeszcze trochę kasy na mikser i rodzinny bilet do kina. Harujesz całe życie, żeby na starość nie móc kupić wnukom po Iphonie na gwiazdkę. Odkąd umiesz trzymać długopis zaczyna opiekować się tobą tata system, który przygotowuje cię dalszego życia w świecie pełnym ludzi o podobnych aspiracjach co ty.
 Dobrze wiem, że są osoby myślące. Może jest ich więcej niż mi się wydaje, jednak w moim otoczeniu istnieje tylko kilka osób które widzą więcej niż reszta.

środa, 18 września 2013

Środa.

If it doesn't break your heart, it isnit love!


<3
Stuknęła nam połowa września, coraz częściej pada deszcz, a liście spadają z drzew. Próbuję je złapać zanim dotkną ziemi, bo to podobno przynosi szczęście. Na próżno. Szczęście bierze się z nas samych. Żaden horoskop, koniczynka czy kamyk znad morza nie zagwarantuje nam, że będziemy szczęśliwi.
Budzę się o piątej nad ranem w moim niebieskim, księżniczkowym pokoju. Wstaję tak wcześnie, ponieważ  nie lubię się spieszyć i myję myję głowę rano. Jem na śniadanie coś niskokalorycznego, pakuję książki i idę do szkoły.
Jutro mam 8 lekcji i ze wszystkiego coś zadane. Auć.
Jem w porządku. Staram się po prostu nie przesadzać. Niestety nie ćwiczę, a wymówkę mam taką, że panele są za twarde. Shit happens. Na szczęście spałam dzisiaj długo, więc dam radę z lekcjami. Pójdę spać pewnie dopiero o drugiej.
Jedyne, co jest teraz dla mnie ważne, to przyjaciele i szkoła. Już nawet nie przejmuję się moim wyglądem tak bardzo jak kiedyś. Cieszę się że znalazłam osoby, które cokolwiek obchodzę, bo wiem, że nie każdy ma to szczęście. Jakoś nie mam weny na pisanie. Chciałam tylko powiedzieć, że wszystko u mnie ok.

środa, 21 sierpnia 2013

Wtorek.

„To siebie nigdy nie spotkałam, siebie, której twarz wykleja wnętrze mojego umysłu.”

No tak.
Może zacznę od tego, że ostatnie dni minęły mi na wstawianiu o 13, żarciu cały dzień i żarciu całą noc. Oczywiście do głowy mi nie przyszło żeby jakoś to spalić, czy obciąć z bilansu dnia następnego. Tak oto działają na mnie wakacje. Włóczę się po domu cały dzień, a jak napotkam coś do jedzenia- pcham to do buzi. A potem się dziwię że jestem gruba. Nie, wróć, nie dziwię się. Dokładnie wiem co robię źle i co powinnam zmienić. Po pierwsze i najważniejsze: nie jem regularnie. Nie ma mowy o pięciu posiłkach w ciągu dnia, bo wstaję w południe i siedzę po nocach. Druga sprawa to właśnie to siedzenie po nocach, przez które nie mogę jeść regularnie i koło się zamyka. Poza tym nie ruszam dupy z domu. Musi się naprawdę palić, żebym wystawiła koniuszek swojego noska poza moją "bezpieczną strefę bez słońca i ryzyka zmarszczek". Teraz na szczęście pogoda trochę się poprawiła (czyt. rozpadało się na kilka dni") więc nieco lepiej znoszę niedogodności związane z trwaniem lata. Może nie jest jakoś tragicznie, ale naprawdę czuję że trochę "urosłam" od początku wakacji.
 Ale to już przeszłość. Dzisiaj byłam grzeczna. I mówiąc grzeczna mam na myśli, że jadłam w miarę racjonalnie i 4 godziny chodziłam po sklepach. A nawet lepiej, bo jakieś 2 kilometry spędziłam na żwawym spacerze na pociąg. Kupiłam kilka rzeczy w których nie wyglądam jak buka( a przynajmniej tak myślę).
 Dużo myślałam ostatnio. Wiecie, o Panu Sz i że tej znajomości raczej nie ma co już ratować. Tak więc, no cóż, wychodzi na to że nie jesteśmy już kolegami. Nie kontaktujemy się, on ma swoje sprawy, ja swoje. Jasne, jest mi przykro, ale tak jest o niebo lepiej, Nie cierpię. Pierwszy raz od paru miesięcy naprawdę nie cierpię. I o razu mówię: to nie jest tak że go kochałam. Jeśli kiedyś tak myślałam, myliłam się najbardziej na świecie. To nie było uczucie, a moja próżność. Okazuje się, że po prostu nie mogłam znieść myśli, że on nie należy do mnie, a do kogoś innego. To wszystko, żadnych fajerwerków, błyskawic, tsunami i plag szarańczy. Wszystko sprowadziło się do tego, że ja i moja duma mamy trochę problem. W końcu, jeśli mam być szczera, w normalnych okolicznościach nigdy nie zwróciłabym na niego uwagi. Nie ten poziom i nie ta liga. Nie żebym była jakąś królową szkoły i miss inteligencji, ale fakt faktem że on jest taki.. przeciętny. Ma swoje zainteresowania i się ich trzyma. Moglibyśmy rozmawiać jedynie o gitarze, jego zespołach i jego włosach. I generalnie na tym tematy by się kończyły, ponieważ on nie jest specjalnie zainteresowany chociażby pobieżnym zaznajomieniem się z kulturą starożytnych cywilizacji, religią, filozofią, weganizmem czy hodowlą świerszczy dla celów spożywczych.
 Jasne, mogłabym się starać, wyrwać go na jeden z moich tekstów o tym jak kocham jego gitarę, ale po co? Żeby oszukiwać siebie i jego? Dziwne, że to powiem, ale on też ma swoje uczucia. Gdyby nie daj Latający Potworze Spaghetti on coś do mnie poczuł, musiałby pogodzić z rozczarowaniem, a ja jak nikt inny wiem jak źle radzi on sobie z rozczarowaniami. Okej, jestem egoistką, bo przestałam się z nim zadawać głównie przez wzgląd na moją chwiejną psychikę i tendencję do grożenia zabiciem się, jeśli nie dostanę tego, czego akurat chcę. Ale hej! Dzięki temu że już się nie kolegujemy, Pan Sz. ma więcej czasu na swoich innych przyjaciół( (nie?)stety nie byłam jedyna), gitary, zespołów i swoich włosów. Nie zdziwię się jak za pół roku dostanę od niego pocztówkę, w której napisze jak piękne i ciekawe jest jego życie beze mnie.
Jej, ale się rozpisałam! Od tej chwili nie mam zamiaru zmarnować ani chwili z tych dwóch pozostałych tygodni wolności.

sobota, 3 sierpnia 2013

Sobota.

Ja mogę żyć tylko sercem, wy zaś żyjecie według zasad.

Wskazówki mojego zegara bez cyfr("skąd Ty dziecko wiesz, która jest godzina?") bezgłośnie (warto było dopłacić to 10 zł za nietykający mechanizm) prześlizgnęły się po miejscu symbolizującym północ, w którym powinna być dwunastka. Powinna.
To nie tak, że się nie staram. Jest w porządku. Może nie chudnę, ale też nie tyję i nie mam myśli samobójczych. A przynajmniej te myśli nie są ograniczone do "jestem gruba" i "za dużo dziś zjadłam". Płynące powoli wskazówki przypominają mi, jak bardzo marnuję te wakacje. Większość czasu spędzam zaszyta w pokoju z książkami, których i tak jest za mało. Zaczęłam studiować gimnazjalne podręczniki z biologii i chemii, bo czuję że nie przykładałam się do tych przedmiotów wystarczająco mocno. Na początku roku muszę zaliczyć jeszcze trygonometrię, ponieważ klasa, biologiczno-chemiczna, do której się przeniosłam była do przodu z matmą.
W gruncie rzeczy można powiedzieć, że jestem szczęśliwa. Zdarza się że coś jest nie tak, zdarza się, że jestem smutna, ale mam dach nad głową, możliwość nauki i pełną lodówkę. Chociaż z lodówki biorę tylko drożdże, pół kostki dziennie na porost włosów. Poza tym mleko, mięso i serek be. Znowu postanowiłam zostać weganką.
Rozluźniliśmy kontakty z panem Sz. i z moją (byłą?) przyjaciółką D. Nie mam z nimi kontaktu od przeszło dwóch tygodni. Z panem Sz. jeszcze jako tako ciągnęliśmy tę znajomość, ostatnio nawet z własnej woli dwa razy do mnie napisał, ale trochę go olałam. Boję się, że jak znowu zaczniemy bliżej się przyjaźnić to włączy mi się "love" i zacznę się ciąć, bo on kocha D. ale ona o tym nie wie i generalnie to...
Nieważne. To już nie jest moja sprawa. Poza tym, nie przestałam odzywać się do Sz. tylko ze względu na własny egoizm. To nie w moim stylu. Przeglądając nasze rozmowy zauważyłam, że z mojej strony to dziesięć linijek tekstu na temat sensu życia i poważnych spraw, a z jego natomiast zdawkowe wyrażenie jego dezaprobaty dla moich przemyśleń. Dodatkowo nie spotykamy się w ogóle, chociaż planowaliśmy spędzić te wakacje razem, jak przyjaciele, którymi przecież przez ostatni rok byliśmy.
Wcinam krakersy, zapijając je wodą mineralną i myślę, że są dobre.
Przestałam się ostatnio przejmować kaloriami, staram się jeść dużo owoców i warzyw z naszego ogródka. Jadam torebeczkę kaszy gryczanej na śniadanio-obiad, a resztę dnia buszuję między marchewką, zielonym groszkiem, agrestem, wisienkami i książkami. Ograniczyłam puste kalorie. Dopiero dzisiaj pozwoliłam sobie na te krakersy i kilka lodów wodnych. Staram się pić dużo wody i nawet trochę ćwiczę. Robię coś a'la pompki oparta o parapet i czuję że z dnia na dzień moje ramiona stają się silniejsze. Jem za dużo i ćwiczę za mało by chudnąć, ale obiecuję, że postaram się to zmienić.Na razie postawię na trochę większą dawkę ruchu i regularne pięć lub sześć posiłków dziennie, bo chyba to jest moim głównym problemem. A potem się zobaczy.
Nadal nie mam swojego laptopa, czuję się jak bez ręki.
Dziękuję za wszystkie miłe komentarze, czasami myślę, że zależy Wam na mnie bardziej, niż mnie na sobie samej. Trzymajcie się chudo! :3

sobota, 20 lipca 2013

Sobota.

Czy zaznajemy szczęścia jedynie po to, by lękać się, że nas opuści?


Zaczynając pisać chciałam porzucać kurwami i wytłumaczyć Wam, dlaczego to JA mam rację. Ale to bez znaczenia. Gorący prysznic i pachnący śmietanką i wanilią żel w jedną chwilę przywrócił mi spokój ducha.
Moje wahania nastroju są takie..nagłe. Potrafię skakać do nieba próbując złapać chmury, a za chwilę życzyć sobie, że "przypadkiem" wpadnę pod autobus i umrę. To nie do wytrzymania. Potrafię zmienić podejście do życia w przeciągu kilku minut. Nie potrzeba wiele, by wyprowadzić mnie z równowagi. Wystarczy, że ktoś się ze mną nie zgodzi, użyje sarkazmu lub nieświadomie sprawi mi przykrość, a ja wpadam w szał. Mam ochotę rzucić w tę osobę wazonem albo rozwalić ścianę pięścią, ale najczęściej kończy się tylko typową dla mnie "pyskówką" i ew. kilkoma krwawymi kreskami na ręce, kiedy emocje mnie przerosną. Paradoksalnie, sytuacje które powinny rzeczywiście przyprawiać mnie o deszcz złości, strachu lub uczuć nie robią na mnie wrażenia. Są chwile, kiedy czuję się pusta w środku, wyprana ze wszystkiego, z całego dobra, z pasji, ambicji i marzeń. Jednocześnie potrafię powiedzieć, że nigdy nie będę naprawdę szczęśliwa, bo zawsze znajdą się ludzie którzy są w gorszej sytuacji niż ja. Jak mogłabym się cieszyć się, załóżmy, z nowej książki, skoro gdzieś tam, w Afryce właśnie umiera małe dziecko. Czasami wydaje mi się, że nic nie ma sensu, że po śmierci po prostu rozpłynę się w nicość, a innym razem jestem tak bardzo przepełniona weną czy natchnieniem, że jedyne co mogę zrobić to pisać listy bez adresatów, piękne i długie.
Czy ktokolwiek jest w stanie uczynić mnie stabilną? Każdy człowiek tak ma, tylko większość sobie z tym radzi, czy tylko ja i po prostu brakuje mi piątej klepki?
Wypełnia mnie..tak dużo wszystkiego. Nie mogę ogarnąć całej siebie naraz. Nie znam definicji siebie, nie wiem kim jestem, kim chciałabym być, nie znam swojej drogi.
Czasami zaglądam ludziom w oczy w poszukiwaniu tej "iskry" i dochodzę do wniosku, że ma ją tylko jedna osoba na milion innych. Wszystko co chciałabym wyrazić jest tak głęboko ukryte we mnie, że słowa nie oddadzą w nawet w najmniejszym stopniu moich myśli. Nie umiem skupić się na jednej rzeczy, rozprasza mnie dosłownie wszystko. Nie umiem podążać jednym tokiem myślenia, każde zdanie które chcę ułożyć, każdy temat który chciałabym podjąć od razu wiąże się niewidzialnymi nićmi z tysiącem innych. To tak jakbym stała na autostradzie pełnej samochodów i chciała ze szczegółami mi opisać jeden z nich. To dla mnie niewykonalne. Samochody pędzą z prędkością światła, każdy w inną stronę, każdy z innego miejsca na świecie, wszystkie tak samo nowoczesne i tak piękne, jak tylko kawałek blachy i silnik potrafią być piękne. Nie sposób skupić się na jednym. Jedyne, co mogę zrobić to określić jego kolor. Potem samochód ginie wśród miliona innych, pozostawiając mnie bez informacji o marce, kształcie świateł czy kolorze tapicerki. Tak wyglądają moje myśli.
Z dietą w porządku, na razie staram się po prostu nie obżerać do nieprzytomności. Ćwiczyłam dzisiaj trochę, a jutro rano zamierzam iść biegać. Dużo ostatnio czytam, bo zepsułam swój komputer i muszę dzielić się z bratem. Mam nadzieję że wybaczycie mi moją nieobecność, obiecuję, że postaram się pisać regularniej. Już prawie zapomniałam, jaką ulgę mi to przynosi.

środa, 10 lipca 2013

Środa.

Miłość czyni nas kłamcami. 


Ostatnie dni minęły mi na wstawaniu o 13 i jedzeniu. Nie jestem z siebie dumna, obiecałam sobie, że będę wstawać wcześnie. Noc jest od spania. Dodatkowo zepsułam komputer i jutro zawieziemy go do naprawy. Przez najbliższy czas będę musiała korzystać z laptopa taty. Strasznie mi się na nim pisze :c Ale, zawsze lepszy wróbel w garści.
Wczoraj pokłóciłam się z moim przyjacielem. Poszło o jakąś bzdurę, ale wywiązała się z tego spora awantura i on chyba nadal jest na mnie zły, mimo tego że przeprosiłam go już wczoraj w nocy i dzisiaj. Głupia sytuacja, powinnam bardziej uważać na to co mówię. Nienawidzę mojego charakteru. Chyba wszystko przez to, że dla mnie kłamstwo jest nieszczerością, więc każdy kto pomija pewne fakty, automatycznie staje się kłamcą. Noo.. a on chyba po prostu za bardzo wziął to do siebie. Nie wiem co robić.. mam nadzieję, że wkrótce mu przejdzie. A jeśli nie.. cóż.
Bo jest tak, że on kocha się w naszej koleżance. I cały czas o niej mówi. Jaka to jest idealna i piękna i jakie ma długie włosy. A ja.. no okej, jestem zazdrosna. Bardzo. Jestem strasznym zazdrośnikiem i bardzo boli mnie to co on o niej mówi. Chociaż, gdyby swoje uczucia przelał na mnie to i tak byłabym niezadowolona, bo on jednak nie jest tym chłopcem, jakiego szukam. Okej, podoba mi się, ale to wszystko.
W sobotę byłam na imprezie i ten... i on też był. I przeleżeliśmy całą noc razem i nawet się całowaliśmy. Wiedziałam że coś się teraz zjebie, tak czułam! Teraz za każdym razem kiedy usłyszę padające z jego ust imię naszej koleżanki, moje serce będzie rozpadać sie na miliardy małych kawałeczków. Pomimo tego, że tylko mi się podoba.
Jutro też jest dzień.

czwartek, 4 lipca 2013

Środa.

Będą mnie kochać za to, co mnie niszczy, sztylet w moich snach, pył w moich myślach, szaleństwo, które lęgnie się w zakamarkach mego umysłu.

Nie jestem ideałem. 
Nie byłam i nigdy, przenigdy nim nie będę.
Do czego więc dążę? 
Nawet kiedy będę ważyła 45 kilo, kiedy moje włosy będą sięgały tyłka, kiedy ze szkoły będę przynosiła same piątki, spała 8 godzin dziennie, ćwiczyła 3 razy w tygodniu i nie próbowała na każde niepowodzenie reagować przecinaniem sobie skóry nożem kuchennym, nie będę idealna. Ale będę najlepszą mną, jaką mogę być. I właśnie do tego powinnam dążyć. Nie do nóg do szyi, przyzwoitej wielkości cycków i załamania na powiece, bo nigdy, przenigdy nie będę ich miała. 
Mogę pracować nad moim ciałem, ale nigdy nie będę modelką Victoria's Secret. Mogę za to mieć idealny tyłek, umieć zrobić szpagat i wykonywać naraz 100 pompek. Mogę przy odrobinie chęci mieć świadectwo z paskiem, nie rezygnując jednocześnie z życia towarzyskiego(którego i tak nie mam) i snu. Wystarczy odrobina chęci i wytrwałości. 
Więc po co odstawiam te głupie cyrki, porównując się co rusz do mojej szczupłej i wysokiej koleżanki(przyjaciółki?). Tak, ona ma kolano tam gdzie ja połowę uda, ale to nie oznacza, że jest ode mnie lepsza. Ja też mam wiele zalet. 
Wracam do Was po milionie lat.Cały chaos towarzyszący zakończeniu roku minął bezpowrotnie. Czereśnie stały się rumiane, a porzeczki soczyście czerwone. Przeprowadziłam się do mojego nowego pokoju. Udało mi się i zostałam przeniesiona na profil biochemiczny. Teraz mogę być weterynarzem, którym chciałam być od dziecka, tyle że przypadkiem zboczyłam nieco z kursu i poszłam na humana. W przyszłości chciałabym pisać książki, ale mogę to robić równie dobrze pracując gdziekolwiek. Dziewięć godzin polskiego w tygodniu na pewno nie przyczyni się do tego, że nagle zostanę autorką bestsellerów. Jeśli wena mnie znajdzie, to dobrze, jeśli nie, to trudno. W każdym razie wolę mieć plan "B". 
Chciałabym napisać więcej, ale jestem już strasznie zmęczona. 
Jakoś tak.. ciężko mi się myśli. Cóż, dobranoc.


piątek, 31 maja 2013

Piątek.

To takie smutne, wszystko takie smutne; przeżywamy nasze życie jak idioci; a potem umieramy.

Wspomnienia pozostawione same sobie gasną. Topimy smutki w kawie i czekoladowych ciasteczkach. Chcemy być odpowiedzialni, a nasze kwiaty umierają, bo nie potrafimy podlewać ich wystarczająco często.
Bazylii chce się pić.
Brzmię jak palacz z czterdziestoletnim stażem. Kiedy otwieram usta najpierw słychać bulgotanie, a dopiero potem mój stłumiony chorobą głos. Mimo to zaraz wychodzę z domu, bo szkoda marnować taki ładny dzień.
Jadę do przyjaciółki. Na pewno pomoże mi to bardziej niż najlepszy syrop na kaszel świata.
Oglądam przez okno ludzi z dziećmi, którzy nie powinni mieć dzieci, bo są albo za młodzi, albo za biedni. Nie jestem wredna, tylko szczera. Najpierw praca potem dzieci, zwykłam mawiać. Chociaż co ja tam wiem.
Dobrze mi się dzisiaj myśli, tak jasno. W najbliższym czasie postaram się trochę ogarnąć moje sprawy. Powinnam zdefiniować siebie, kolejny raz. Szczerze mówiąc od kilku dobrych lat, odkąd zaczęło mi zależeć na opinii społeczeństwa, jestem tylko nieudolną parodią siebie. Kiedyś było prościej, wychodziłam rano na podwórko, łapałam chrabąszcze i wypuszczałam je do nieba. Potem jechaliśmy z tatą nad jezioro i miałam moją dziecięcą gastrofazę, bo po pływaniu chce się jeść. Dni mijały szybko, bo życie jest krótkie. Czekałam na dzień w którym dorosnę, w nadziei na to, że będę mogła oglądać sceny całowania bez rzygania. Chciałabym znowu być dzieckiem, każdy by chciał. Uczymy się na błędach, a ja popełniłam ich w życiu wiele. Ostatnio przypominają mi się sceny z dzieciństwa, jak zdjęcia, albo urywki filmów. Pokazują mi jaka kiedyś byłam i jak daleko mi teraz do mojego wewnętrznego dziecka. Czy mała ja byłaby dumna z osoby, którą się stała?
 Pan S. kiedyś powiedział mi kiedyś, że jestem jak Piotruś Pan. Ale wtedy byłam tylko urywkiem prawdziwiej mnie. Czy to znaczy, że teraz, kiedy jestem gotowa przestać udawać, polecę do nieba? Mam taką nadzieję. Chmury są z waty cukrowej, a my po śmierci możemy ją jeść, jeść i nie tyjemy.
Pora wznowić program ćwiczeń i świadomego odżywiania, bo jak tak dalej pójdzie będę wyglądała jak niedźwiedź przed zimą. Nie wiem ile ważę, bo moja waga jest zepsuta. Muszę kupić porządną szczotkę do włosów, potem sponsorować moją przyjaciółkę przez jakiś czas, bo ostatnio ciągnę od niej kasę jak nastolatka od bogatych rodziców. Później waga, kiełkownica i inne ważne rzeczy, na które nie mam pieniędzy.
Pragnę, pragnę, pragnę oczojebnie cytrynowych conversów przed kostkę w rozmiarze 37.
Jezu, kocham rzeczy.
Wczoraj około trzeciej nad ranem przeprowadziłam w myślach poważną rozmowę z Panem S. i generalnie czuję sie po tym lepiej. To, że wszystko miało miejsce tylko w mojej głowie naprawdę nie ma znaczenia. Wczoraj obejrzałam "Efekt motyla" i teraz wiem, że możemy zmienić rzeczywistość zmieniając wspomnienia. Przeszłość nie istnieje, to tylko nasza imaginacja dawnych wydarzeń z komentarzami autora. Jest tylko teraz i to, co nastąpi zaraz potem.

wtorek, 28 maja 2013

Wtorek.

Przepraszam, że tak dawno nie pisałam. Miałam dietetyczny kryzys. Któregoś dnia po prostu rzuciłam się na jajecznicę i chleb z serem. Zdarza się najlepszym.
Teraz siedzę chora i zasmarkana. Katar kapie mi z nosa, a myśli są zamglone z winy lekarstw.
Chcę przejść na raw food, od pierwszego czerwca. Problem jest tylko taki, że w promieniu 10km od mojego domu nie ma żadnego sklepu z owocami, warzywami, wiecie. No i pozostaje problem przekonania mamy do tego, że muszę jeść 2tys kalorii dziennie, choćby niebo się waliło. Moja mama nie przyjmuje do wiadomości tego, że muszę jeść. A jako że chcę być zdrowa, muszę jeść tylko surowiznę. A surowizna jest taka droga! Generalnie, mogę jeść i robić co chcę, dopóki nie trzeba wydawać na mnie pieniędzy. Na razie jest dobrze, bo mama zrobiła zakupy, ale co będzie jutro? Nie wyżyję tygodnia na trzech grapefruitach, odrobince winogron, paru jabłkach i pudełeczku truskawek. Jutro jedzenie się skończy i rzucę się na zupę, ziemniaki, czy inne gotowane świństwo.
No nic. Idę dalej cierpieć.

piątek, 17 maja 2013

Piątek.


Don't hang your head in sorrow 
And please don't cry.

 No cóż. Przygód z narkotykami ciąg dalszy.
Zacznę może od tego, że wczoraj spałam od 17 do 23, a potem siedziałam przez całą noc. W szkole było w porządku, ale miałam schizy na edb, że dzwoni mi telefon. Nie dzwonił. Nic się nie wydarzyło. Skończyliśmy lekcje, wróciłam do domu i zjadłam obiad. Napisał do mnie mój przyjaciel, S. (nie mycie z Panem S!). Dla ułatwienia, może niech mój przyjaciel będzie Panem Sz. Tak więc pogadaliśmy chwilę i on zapytał mnie, czy gdybym miała okazję wzięłabym fetę. Ja mówię, że pewnie, bo przecież wszystkiego trzeba w życiu spróbować. I tak się złożyło, że była okazja.
Umówiliśmy się na 17, nad jeziorem, usiedliśmy i wciągamy. Potem ja zaplatałam warkocza z trawy (będzie z 5 metrów ^^) a on grał na gitarze. W sumie, było okej, ale spodziewałam się czegoś lepszego. Wiecie, że będzie mnie nosiło, zacznę recytować Pana Tadeusza od tyłu, a tu praktycznie nic. Pan Sz. mówił że go wzięło, a ja właściwie czułam i nadal czuję tylko subtelną różnicę. Może szybciej się ruszam, ale myśli mi się tak samo :) W każdym razie kolejna rzecz, której "trzeba w życiu spróbować" zostaje skreślona z mojej listy. Okej, nie mam takiej listy, ale gdybym ją miała, mogłabym skreślić. W każdym razie teraz mam zamiar wykorzystać nadmiar energii i trochę poćwiczę. Może też poczytam, bo mam sporo rzeczy do nadrobienia. O i posprzątam.
Dzisiejszy bilans:
Śniadanie: 2 gołąbki z ryżem
Drugie śniadanie: jabłko
Obiad: dwa gołąbki z ryżem, 250g truskawek i trochę kokosa.

Raczej nic więcej już nie zjem, bo czytałam, że po kresce przez jakiś czas mogę mieć jadłowstręt.
Koledzy Pana Sz. mnie nie lubią. Czuję, że niszczę mu reputację i "status w stadzie", ale on nie chce się do tego przyznać.Jesteśmy przyjaciółmi. Fajnie mieć przyjaciela.

wtorek, 14 maja 2013

Wtorek.

Jeśli szukasz drogi do domu, przypomnij sobie, gdzie zostawiłeś swoje serce. 

Bilans:
Śniadanie: owsianka (300)+jabłko(80)
Drugie śniadanie: 2xjabłko (160)
Obiad: Zupa buraczkowa, niezabielana+3 ziemniaki +jabłko +banan
Przekąska: jabłko
Kolacja: owsianka (200)
Przekąska: kilka rzodkiewek

Nie chce mi się tego podliczać. Nie wiem ile kalorii mogły mieć zupa i ziemniaki. Nie popadajmy w paranoję. Owocowo i kolorowo, kocham to. Mamy teraz w domu takie pyszne jabłka, aż ciężko się powstrzymać przed wepchnięciem wszystkiego do buzi. Z ćwiczeń bieganie i ćwiczenia w ogródku. Wczoraj to samo. Mam zamiar jeszcze zrobić kilka ćwiczeń na pośladki i mięśnie brzucha. I może rozciąganie.
Dzień w szkole był okej. Na WF biegaliśmy. Ćwiczyły cztery osoby. Postanowiłam przenieść się w drugim półroczu na biochema. Jedna dziewczyna się wyprowadza i znajdzie się miejsce. Oby mi się udało. Nie wiem co mi odbiło z tym humanem, może fakt, że polski jest dla mnie tak strasznie prosty. Poza tym, nie mam żadnych ambicji z nim związanych. Na pewno nie chcę być nauczycielką, nienawidzę dzieci. Wizja rozszerzonej chemii i biologii trochę mnie przeraża, bo będę musiała się uczyć, co ostatnio rzadko mi się zdarza. Mam nadzieję że w nowym roku szkolnym będę na tyle ogarnięta psychicznie i fizycznie, że dam radę uczyć się tych trudnych przedmiotów i pisać z nich rozszerzoną maturę, bo marzy mi się weterynaria. Kocham zwierzęta i chciałabym im pomagać. Nie wspominając o kasie lecącej z nieba. Tak, tak wiem, że będę musiała mieć super wyniki z matury.
Tak szczerze to czasem sama wymyślam cytaty na górę.
Widziałam dzisiaj pana S. na mieście. Mieliśmy okienko, on najwidoczniej też i jakoś tak się zobaczyliśmy. Nic, nic. Moja koleżanka mu pomachała, a ja nie zrobiłam w sumie nic, bo byliśmy dość daleko od siebie. Kocham pana S., la la la. Całe szczęście chodzimy do innych szkół. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.
Jedziemy jutro z klasą do Poznania, na wykłady i do kina. Rano muszę zaopatrzyć się w dużą ilość owoców i w ogóle jedzenie. Myślałam nad jakimiś zbożowymi listkami, albo sucharkami, czy czymś na obiad, bo raczej nie mam co liczyć na nic zdrowego. Będziemy mieli 30min na frytki w macu. Teraz nie wiem, lepsze sztuczne frytki, czy sztuczne sucharki? Chciałabym zjeść tę zbożową przekąskę, ale poza błonnikiem znajdę w niej aromaty i benzoesan sodu. Z drugiej strony, nie mam pojęcia co znajdę w fastfoodowych frytkach. Nie, no, rozkmina życia. Chociaż z drugiej strony, pewnie ciężko będzie mi targać ze sobą dwa kilo owoców.
Ostatnio byłam na Iron Manie i przeżyłam seans bez coli i karmelkowego popcornu. Jak można pakować w siebie takie sztuczne rzeczy? Moi przyjaciele potrafią.
Edit: trochę wekowanych śliwek, nie mam zielonego pojęcia ile mają kalorii, ale są pyszne.
Motylki, które tu zaglądają pewnie stwierdzą, że się obżeram. Ale szczerze mówiąc, jem dużo mniej i przede wszystkim zdrowiej, niż przed rozpoczęciem zdrowego odżywiania. Mam teraz energię na ćwiczenia. Wcześniej głodziłam się do południa a potem wpierdalam słodycze. Nie potrafiłam się kontrolować. Kiedy widziałam coś do jedzenia, po prostu pchałam to do buzi. Teraz zupka chińska w kuchennej szafce leży spokojnie już ponad tydzień.
Jaram się tym, że za parę tygodni będę mogła wyjść rano z domu, zjeść więcej czereśni i truskawek niż ważę , a potem szczęśliwa i niemogąca się ruszać ogarnąć się i iść do szkoły. Jak byłam młodsza wchodziłam na czereśniowe drzewo i jadłam tyle czereśni, że ból brzucha nie pozwalał mi z niego zejść :) Nie mogę się też doczekać miksowania truskawek z wodą i robienia z nich pysznych, lodowych sorbetów.
Na koniec chciałabym wszystkim podziękować za miłe komentarze i ogólnie, czytanie moich notek. To wiele dla mnie znaczy, naprawdę. Jeśli chcecie, żebym ja również odwiedzała Wasze blogi, zostawcie mi linki :)

poniedziałek, 13 maja 2013

Poniedziałek.

 Miłość – zabije cię i jednocześnie cię ocali.

Dawno nie pisałam, a tyle się zdarzyło. Nadal jem zdrowo. Uwielbiam moje pięć posiłków dziennie. Skurczył mi się żołądek i teraz zadowalam się naprawdę małymi porcjami. Trzeba kupić więcej owoców.
Miałam się nie żalić, ale.. No cóż. Jest tak, że czasem spotykamy osobę, której ręka idealnie pasuje do naszej. Nie każdy ma to szczęście, ale ja miałam. Spotkałam miłość, ale nie "miłość", tylko naprawdę, naprawdę miłość. Jakby w tym całym chaosie zwanym życiem, nagle zaczął istnieć jakiś punkt odniesienia, dzięki któremu wszystko znalazło swoje miejsce. Miłość nie przychodzi i nie odchodzi, miłość jest, albo jej niema. Myślę, że wiecie, kto zawsze był i nawet po tak długim czasie, nadal jest moim punktem odniesienia. A jeśli nie to..tyn tyn tyyyn, czas na historię!
 Z panem S. to było w sumie takie nie wiadomo co. Znaliśmy się z widzenia, ale jakoś nigdy nie staraliśmy się pogłębić naszej relacji. Ale nadszedł dzień, kiedy się spotkaliśmy i nagle wszystko się zmieniło. Wszystko co miałam nagle zaczęło mi wystarczać i przez te kilka miesięcy, kiedy byliśmy kolegami, byłam najszczęśliwsza na świecie. To tak jakby znaleźć brakujący element układanki, którą układało się przez 16 lat. Wszystko co dobre kiedyś się kończy i tak samo skończyła się nasza znajomość, bo pan S. znalazł sobie dziewczynę. Myślałam, że to minie, ale myliłam się. Gdybym nie spędziła z nim pewnych dwóch imprez na których nie mogli nas od siebie odkleić, może byłoby lepiej. W każdym razie skończyliśmy. W sensie on skończył, bo ja kurczowo trzymałam się każdego wspomnienia po nim przez jeszcze jakieś pół roku. Później zaczęłam ogarniać dupę, usunęłam numery i rozmowy, przestałam pojawiać się w miejscach, w których mogłam go zobaczyć. To było jak terapia odwykowa, ale podziałało, naprawdę. Wkrótce moje myśli zajęły inne sprawy, niż nieszczęśliwa miłość. Nowa szkoła, nauka, nowi znajomi. Bywały dni, kiedy przypominałam sobie o nim i bywało mi naprawdę, naprawdę ciężko, ale byłam silna. Ostatnio mi się pogorszyło, bo myślałam o nim częściej. Męczyłam moich znajomych opowieściami o nim i użalaniem się nad swoim losem. Ale bywały dni, w których było dobrze, a tych było zdecydowanie więcej.
 Jadąc w sobotę na imprezę byłam przekonana, że naprawdę, nic nie będzie. I przez praktycznie cały czas było naprawdę spokojnie, ja gadałam z koleżankami, on z kolegami i wydawało się, że wszystko jest w porządku. Nie miałam nawet fazy "love", a w sumie wypiłam dość dużo. Dosiadłam się tylko do mojego przyjaciela, który z kolei zaczął startować do naszej wspólnej przyjaciółki, a mi zrobiło się wtedy tak zajebiście smutno, że musiałam oderwać myśli od tego wszystkiego i zająć się czymś innym. Zabrałam się więc za ustawianie butelek piwa w ładnym równym rządku z podziałem na rodzaje, naklejkami do przodku. W sumie trzeba przyznać, że uzbierało się ich dość sporo i kiedy wydawało się że już jest okej, nagle zagadał do mnie pan S. i wyszło w sumie tak, że wypiliśmy jego piwo na pół. Potem wzięliśmy się za ręce i poszliśmy się całować. W dużym skrócie bo najpierw słodko sobie gadaliśmy, o tym, że tęskniliśmy i że się kochamy. No i tak to było.
 Możecie mnie teraz zabić, nawet byłabym bardzo wdzięczna, bo sama nie wiem co mi odbiło. I jeśli pomyślę, że nadal będzie ze mną tak jak wcześniej, w sensie pół roku zbierania się, to nie wiem czy chcę iść dalej, bo to, co widzę teraz na mojej drodze wydaje się być tak strasznie przerażające, że po prostu się, kurczę, boję. To nie jest nawet sprawa dla żyletek, czy noży, o nie. To jest coś sto razy gorszego i chyba tylko powolne łamanie wszystkich moich kości, byłoby w stanie uwolnić mój psychiczny ból. To boli bardzo. Kolejny raz zobaczyłam raj, tylko po to by zaraz oglądać, jak płonie.

środa, 8 maja 2013

Środa.

Lepiej bez celu iść naprzód niż bez celu stać w miejscu, a z pewnością o niebo lepiej, niż bez celu się cofać.

 Witajcie kochane :3
Od czego by tu zacząć. Od wczoraj. Wczoraj wstałam o piątej, umyłam włosy i zjadłam śniadanie: owsiankę(200) jabłko (80) i banana (80). Nie pamiętam, czy ćwiczyłam. Cały dzień spędziłam włócząc się bez celu po mieście i o 19 nie byłam już w stanie normalnie funkcjonować, bo byłam strasznie zmęczona. Na drugie śniadanie zjadłam deser lodowy ("weganka Anastazja", nie wiem co mi odbiło z tym deserem) który był ogromny, przepyszny i miał pewnie milion kalorii. No, ale cóż, zdarza się. Miałam i nadal mam po nim wyrzuty sumienia, ale stało się, czasu nie cofnę. Wyciągnęłam z tego naukę na przyszłość: następnym razem kiedy będę w cukierni zamówię gofra z owocami i orzechami, żeby po zjedzeniu nie mieć myśli samobójczych. Na lunch zjadłam jaroszkę(bułkę z surówką), która też była kaloryczna(białe pieczywo i sos!) ale nadal lepsza od deseru i wszystkiego innego, co mogłabym dostać w pizzerii. Tą jaroszką byłam najedzona praktycznie do końca dnia. Ominęłam więc obiad, a potem zjadłam już tylko banana i jabłko. Przed snem zrobiłam kilka ćwiczeń wzmacniających i rozciągających, bo byłam zbyt zmęczona, by myśleć o bieganiu.
Dzisiaj przyjeżdża do mnie przyjaciółka i będzie u mnie aż do jutra. Muszę jeszcze posprzątać i umyć włosy.
 Właśnie dotarło do mnie, jaką idiotką byłam jeszcze tydzień temu. Myślałam, że jeśli nie zjem śniadania, to będę "silna" i wytrzymam do końca dnia bez jedzenia. Tak bardzo się myliłam! Przez kilka ostatnich miesięcy nie jadłam śniadania, a po lekcjach rzucałam się na puste kalorie. I tak było w kółko i w kółko. Mimo ciągłych porażek nie docierało do mnie, że muszę coś zmienić, żeby schudnąć. Teraz jem ponad 350kcal na śniadanie, grzecznie zjadam owoce na drugi posiłek i mam energię praktycznie do końca dnia, nawet jeśli później nie jem już nic. Myślałam, że te wszystkie "złote myśli" o śniadaniu to bajki, a teraz jestem przekonana, że to własnie śniadanie ma decydujący wpływ na naszą dietę i samopoczucie. Od paru dni nie odczuwam też, bardzo normalnego u mnie, pociągu do słodyczy i tłustych potraw. 'Zjadłabym sobie frytki, albo chipsy', naprawdę nie ma już czegoś takiego. Ten deser wczoraj był świadomym wyborem, a nie zachcianką zmaltretowanego organizmu, szukającego energii w słodyczach. Przekonałam się, że jeśli dostarczam mu odpowiednią ilość kalorii jedząc zdrowe produkty, nie pojawia się u ochota na nic innego. Od dwóch dni w szafce w kuchni leży nietknięta zupka chińska, która w normalnych warunkach dawno byłaby przeze mnie wchłonięta. Tak samo jak lody w lodówce i ciasto w spiżarni. Nic. Mój organizm, który w końcu przestał decydować o tym co jem dopuścił do głosu zdrowy rozsądek, który mówi, że lepiej zjeść jabłko, bo włosy, cera i samopoczucie. Nie tęsknię za tłustym jedzeniem, ale wiem, że jeśli będę chciała zjeść pizzę czy frytki dla towarzystwa, to naprawdę, żadna krzywda mi się nie stanie.
Jak jeszcze kiedyś ubzduram sobie, żeby się głodzić, to mnie zastrzelcie.

niedziela, 5 maja 2013

Niedziela.

After all, the best thing one can do when it is raining is let it rain.

 Anastazja zmieniła podejście!
 Nie wiem, wyrosłam z motylkowania, czy coś, może to to słońce. Postanowiłam, że będę grzecznie jeść i ćwiczyć.
 Przez dwa lata jedzenia sieczki, albo i nie jedzenia w ogóle,skończyłam z nawiązką kilogramów, wypadającymi włosami, trądzikiem i metabolizmem rozregulowanym do granic możliwości. To nie jest dobre.
Tak sobie pomyślałam, że coś, kurczę, robię nie tak. Ale nadeszła chwila opamiętania. Na racjonalnej diecie schudnę na pewno więcej, niż robiąc to, co robiłam do tej pory. Głodzeniem się i jedzeniem słodyczy na pewno nie osiągnę wymarzonego rozmiaru xs. Przez sługi czas myślałam, że tylko głodówkami mogę osiągnąć cel, a głodówki wychodziły mi tak jak wychodziły, czyli źle.
 Kilka dni temu postanowiłam, że po prostu zacznę zdrowo jeść. Wyrzuciłam z mojej diety wszystko co niezdrowe, kaloryczne i przetworzone. Od teraz tylko owoce, warzywa, nasiona i orzechy, owsianka na wodzie i zdrowe pieczywo. Od paru dni, od kiedy zaczęłam "grzecznie" jeść, nie ciągnie mnie do słodyczy, czuję się naprawdę świetnie, mam siłę na ćwiczenia, ochotę na czytanie i myślę dużo jaśniej. W ogóle, zmieniłam mój stosunek do świata. Pofarbowałam włosy na brąz podchodzący pod czerń ("ciemny blond", jasne) i sama obcięłam sobie grzywkę. Po ostatniej wizycie u fryzjera stwierdziłam, że sama zrobię to lepiej. Wracając do tematu odżywiania, uznałam, że będę jadła sześć razy dziennie to, co zdążyłam już opisać wyżej. Na śniadanie owsiankę, w szkolę owsiany batonik musli(150) małe jabłko(80) lub bułeczkę(111). Dwie rzeczy na dwa razy, chyba, że lekcje będą skrócone. Na obiad ziemniaki z surówką, albo zupę, zależy co będzie +owoc. Na podwieczorek i kolację owoce i warzywa. Postaram sie mieścić w limicie 1300kcal dziennie. Myślę, że nie jest to dużo, jeśli dorzucę do tego godzinę biegania i rozciąganie.Do tego dużo wody i świeżych soków. A jeśli najdzie mnie ochota na wodnego loda, albo przekąskę typu sunbites, to je zjem i nie będę dramatyzować.

Okej, lecę biegać, bo zaraz w lasach zrobi się ciemna dupa i będę się bała.

wtorek, 30 kwietnia 2013

Wtorek.

All U need is..

Życzę sobie chudości. Zwykle, jak bardzo czegoś chcę, to to dostaję, wcześniej, czy później. Tyle że chudości nie można kupić, ani wygrać na loterii. Trzeba na nią pracować. A Anastazka cieszy się kolejnymi słodkimi kęsami wpychanymi do buzi.
Mniam, 100,200,300, 67565987987 kalorii. Płyną sobie powoli po moim organizmie, kumulując się w okolicach brzucha i ud i mówiąc mojemu mózgowi, że jest zmęczony i że, w sumie, jeśli nie nauczy się na poprawę z historii, to też nic się nie stanie.
Na nic się zdają motywacje, obrazki i lustro. Nie widzę tego, jak się krzywdzę. Moje oczy myślą, że jest w porządku. Mój mózg każe mi jeść, a może to psychika? Mówię nie, ale to nic nie daje. Nie jem prawie nic do 15, żeby zaraz potem zapchać żołądek jedzeniem i wmawiać sobie, że teraz jestem szczęśliwa. Oh, tak, pełna i szczęśliwa. Ze spodniami opinającymi się na udach i uroczymi boczkami, tyle szczęścia!
Chcę odciąć się od świata na jakiś czas, może do niedzieli. Czytać, uczyć się, pisać bloga, ćwiczyć i jeść same jabłka. Mam Wam tyle do opowiedzenia!

czwartek, 25 kwietnia 2013

Czwartek.

W bezsenne noce, takie jak ta, spójrz w niebo i przypomnij sobie wszystkie nasze sny. 


Muzyka skrapla się w powietrzu, a ja próbuję złożyć moje myśli w kilka zgrabnych zdań.
To nie tak, że się nie staram. Dni, w których się nie obżeram, w których bilans wynosi około 1000kcal, to dobre dni. Szczerze, ten tydzień był dobry. Potrafię biec już całe 50 min bez zatrzymania, umiem wstać o piątej rano i uważać na to, co jem. Nie jestem w stanie natomiast panować nad moją głupią zazdrością. Wszystkich, których kocham zamknęłabym najchętniej w klatce i trzymała pod łóżkiem.
Po kolei, zacznę może od bilansu.
W nocy: owsianka na wodzie+gorący kubek i pół bułki
Rano: dwie minikanapki warzywne
W szkole: jabłko i ciemna bułka, później nestea.
Obiad: fasolka, paczka sucharków
Podwieczorek: sucharki
Tyle tu tego. Zjadłam owsiankę w nocy, ponieważ położyłam się o 17 i wstałam o 24. To nie było mi potrzebne. Do tego śniadanie! Sałata pomidorki i rzodkiewki wyglądały tak apetycznie! Mama wepchała pewnie tonę margaryny pod spód, ale nie, nie zniechęciło mnie to. Przecież lubię być gruba, a kiedy mój przyjaciel wysyła mi zdjęcia siebie i swojej znajomej, pytając, czyż nie wyglądają razem uroczo, skaczę do nieba ciesząc się z jego szczęścia. Nie. Jedyne, co zrobiłam dzisiaj dobrze, to wyjście na mój stary, nie do końca napompowany rower i jeżdżenie nim od 16 do 20:30. To jedyne, co mi wyszło. Może jeszcze popołudnie w cukierni, gdzie zamówiłam tylko napój, podczas, gdy moje koleżanki jadły różne rzeczy. Postanowiłam wmawiać ludziom, że jestem uczulona na laktozę, bo weganizm jest taki be i jestem wariatką, jeśli nie piję mleka.
Dni stały się ciepłe, cycki wyszły na ulicę. Nie żebym się użalała, czy coś, ale no proszę, mam 17 lat, dwadzieścia niepotrzebnych kilogramów i TAM tyle co dwunastolatka. Nie fair, kurczę, po prostu nie fair!
Nie wejdę pod biurko i nie będę płakać. Nie wbiję sobie w rękę wszystkich ostrych rzeczy, które mam w domu. Nie wydłubię sobie szpiku łyżeczką. Nie wezmę wszystkich tabletek świata.
Mój przyjaciel może kochać kogo chce, pisać do kogo chce, robić sobie zdjęcia z kim chce, a mi chuj do tego. Tak bardzo chciałabym mieć go dla siebie i spędzać z nim czas. Ale wiem jak to by się skończyło. Gdyby on zaczął się mną interesować w "ten" sposób, ja stałabym się nagle suką i zniszczyłabym mu psychikę. Dobrze wiesz, Anastazjo, dobrze wiesz, bo zawsze tak robisz. Myślisz że tym razem będzie inaczej? Gdy tylko coś zaczyna być na rzeczy, niszczysz to. Taka jesteś.
Koniec tej pseudożyciowej sieczki. Jutro tylko 3 lekcje.

piątek, 19 kwietnia 2013

Piątek 3

- Masz już jakiś plan? - Przedawkować, podciąć sobie żyły, a potem się powiesić. - Wszystko na raz? - Żeby przypadkiem nie zostało to zinterpretowane jako wołanie o pomoc.”

 Dziesiąta, padam z nóg. Zwykle nie odzywam się przez tydzień, a teraz piszę już trzeciego posta. Nie ważne. Od 17:30 do 20:00 byłam z przyjaciółką na rowerze. Na kolację zjadłam nasiona lnu.
Najprawdopodobniej cały jutrzejszy dzień spędzę z nosem w książkach, chyba, że będzie pochmurno, wtedy pójdę biegać. Mam masę rzeczy do zrobienia. Muszę posprzątać i wywalić wszystko, co jest mi już nie potrzebne. Nadal nie skończyłam "Pięknych istot", a po moim biurku wala się biografia Gunsów i "Intruz", które proszą o uwagę. Tak bardzo nie mam czasu.
W tym tygodniu czekają mnie sprawdziany z: historii, matmy, francuskiego, informatyki i edb. Dodatkowo muszę nauczyć się też na inne przedmioty i oczywiście odrobić zadania domowe. Mam nadzieję, że wyrobię się przez jutro, bo w niedzielę wolałabym się raczej zrelaksować, a nie zakuwać. To mój nowy system, nauka w weekend, luz przez cały tydzień. Ten pomysł podsunęła mi koleżanka i przyznaję, że rzeczywiście nie głupie.
 Dobra, nie ważne. W każdym razie mój sen się spełnił i widziałam dzisiaj Pana S. Ktoś powinien mi przywalić, serio. Minął już rok, to jest po prostu chore. Wychodziłam ze szkoły i byłam zajęta rozplątywaniem słuchawek, kiedy na chwilę podniosłam wzrok i nagle widzę go. Serce zabiło mi milion razy szybciej z obawy, że znowu zostanie rozkruszone na kawałeczki. Spuściłam wzrok, udając, że go nie zauważyłam. Tak było najbezpieczniej. Po wyjściu na chodnik szedł kilka kroków za mną. Czułam się, jakbym uciekała przed śmiercią.
 Ale moja skóra nie pękła i nie została ze mnie mokra breja. Moje kości nie rozsypały się po ulicy i żaden kierowca nie musiał kreślić zygzaków na drodze, by nie pobrudzić sobie kół. Nie zamieniłam się w stado motyli, nie zemdlałam, nie chwyciłam najbliższego kamienia i nie rozwaliłam sobie nim głowy. Jedyne co, to szłam trochę krzywo, ale ja zawsze tak chodzę. Przeżyłam. Nic się nie stało. Do daty 21\12\2012 mogę dopisać 19\04\2013, a poza tym..poza tym, jest tak jak dawniej.
 Czego oczy nie widza, tego sercu nie żal. Gorzej, kiedy wreszcie zobaczą.
 To też nie ważne. Kurier przywiózł moje bordowe trampki. Pierwszy raz od wielu, wielu miesięcy przeżyłam dzień naprawdę dobrze. Idę się kąpać i spać, jutro czeka mnie masa pracy.
Chudych snów :3