środa, 21 sierpnia 2013

Wtorek.

„To siebie nigdy nie spotkałam, siebie, której twarz wykleja wnętrze mojego umysłu.”

No tak.
Może zacznę od tego, że ostatnie dni minęły mi na wstawianiu o 13, żarciu cały dzień i żarciu całą noc. Oczywiście do głowy mi nie przyszło żeby jakoś to spalić, czy obciąć z bilansu dnia następnego. Tak oto działają na mnie wakacje. Włóczę się po domu cały dzień, a jak napotkam coś do jedzenia- pcham to do buzi. A potem się dziwię że jestem gruba. Nie, wróć, nie dziwię się. Dokładnie wiem co robię źle i co powinnam zmienić. Po pierwsze i najważniejsze: nie jem regularnie. Nie ma mowy o pięciu posiłkach w ciągu dnia, bo wstaję w południe i siedzę po nocach. Druga sprawa to właśnie to siedzenie po nocach, przez które nie mogę jeść regularnie i koło się zamyka. Poza tym nie ruszam dupy z domu. Musi się naprawdę palić, żebym wystawiła koniuszek swojego noska poza moją "bezpieczną strefę bez słońca i ryzyka zmarszczek". Teraz na szczęście pogoda trochę się poprawiła (czyt. rozpadało się na kilka dni") więc nieco lepiej znoszę niedogodności związane z trwaniem lata. Może nie jest jakoś tragicznie, ale naprawdę czuję że trochę "urosłam" od początku wakacji.
 Ale to już przeszłość. Dzisiaj byłam grzeczna. I mówiąc grzeczna mam na myśli, że jadłam w miarę racjonalnie i 4 godziny chodziłam po sklepach. A nawet lepiej, bo jakieś 2 kilometry spędziłam na żwawym spacerze na pociąg. Kupiłam kilka rzeczy w których nie wyglądam jak buka( a przynajmniej tak myślę).
 Dużo myślałam ostatnio. Wiecie, o Panu Sz i że tej znajomości raczej nie ma co już ratować. Tak więc, no cóż, wychodzi na to że nie jesteśmy już kolegami. Nie kontaktujemy się, on ma swoje sprawy, ja swoje. Jasne, jest mi przykro, ale tak jest o niebo lepiej, Nie cierpię. Pierwszy raz od paru miesięcy naprawdę nie cierpię. I o razu mówię: to nie jest tak że go kochałam. Jeśli kiedyś tak myślałam, myliłam się najbardziej na świecie. To nie było uczucie, a moja próżność. Okazuje się, że po prostu nie mogłam znieść myśli, że on nie należy do mnie, a do kogoś innego. To wszystko, żadnych fajerwerków, błyskawic, tsunami i plag szarańczy. Wszystko sprowadziło się do tego, że ja i moja duma mamy trochę problem. W końcu, jeśli mam być szczera, w normalnych okolicznościach nigdy nie zwróciłabym na niego uwagi. Nie ten poziom i nie ta liga. Nie żebym była jakąś królową szkoły i miss inteligencji, ale fakt faktem że on jest taki.. przeciętny. Ma swoje zainteresowania i się ich trzyma. Moglibyśmy rozmawiać jedynie o gitarze, jego zespołach i jego włosach. I generalnie na tym tematy by się kończyły, ponieważ on nie jest specjalnie zainteresowany chociażby pobieżnym zaznajomieniem się z kulturą starożytnych cywilizacji, religią, filozofią, weganizmem czy hodowlą świerszczy dla celów spożywczych.
 Jasne, mogłabym się starać, wyrwać go na jeden z moich tekstów o tym jak kocham jego gitarę, ale po co? Żeby oszukiwać siebie i jego? Dziwne, że to powiem, ale on też ma swoje uczucia. Gdyby nie daj Latający Potworze Spaghetti on coś do mnie poczuł, musiałby pogodzić z rozczarowaniem, a ja jak nikt inny wiem jak źle radzi on sobie z rozczarowaniami. Okej, jestem egoistką, bo przestałam się z nim zadawać głównie przez wzgląd na moją chwiejną psychikę i tendencję do grożenia zabiciem się, jeśli nie dostanę tego, czego akurat chcę. Ale hej! Dzięki temu że już się nie kolegujemy, Pan Sz. ma więcej czasu na swoich innych przyjaciół( (nie?)stety nie byłam jedyna), gitary, zespołów i swoich włosów. Nie zdziwię się jak za pół roku dostanę od niego pocztówkę, w której napisze jak piękne i ciekawe jest jego życie beze mnie.
Jej, ale się rozpisałam! Od tej chwili nie mam zamiaru zmarnować ani chwili z tych dwóch pozostałych tygodni wolności.

sobota, 3 sierpnia 2013

Sobota.

Ja mogę żyć tylko sercem, wy zaś żyjecie według zasad.

Wskazówki mojego zegara bez cyfr("skąd Ty dziecko wiesz, która jest godzina?") bezgłośnie (warto było dopłacić to 10 zł za nietykający mechanizm) prześlizgnęły się po miejscu symbolizującym północ, w którym powinna być dwunastka. Powinna.
To nie tak, że się nie staram. Jest w porządku. Może nie chudnę, ale też nie tyję i nie mam myśli samobójczych. A przynajmniej te myśli nie są ograniczone do "jestem gruba" i "za dużo dziś zjadłam". Płynące powoli wskazówki przypominają mi, jak bardzo marnuję te wakacje. Większość czasu spędzam zaszyta w pokoju z książkami, których i tak jest za mało. Zaczęłam studiować gimnazjalne podręczniki z biologii i chemii, bo czuję że nie przykładałam się do tych przedmiotów wystarczająco mocno. Na początku roku muszę zaliczyć jeszcze trygonometrię, ponieważ klasa, biologiczno-chemiczna, do której się przeniosłam była do przodu z matmą.
W gruncie rzeczy można powiedzieć, że jestem szczęśliwa. Zdarza się że coś jest nie tak, zdarza się, że jestem smutna, ale mam dach nad głową, możliwość nauki i pełną lodówkę. Chociaż z lodówki biorę tylko drożdże, pół kostki dziennie na porost włosów. Poza tym mleko, mięso i serek be. Znowu postanowiłam zostać weganką.
Rozluźniliśmy kontakty z panem Sz. i z moją (byłą?) przyjaciółką D. Nie mam z nimi kontaktu od przeszło dwóch tygodni. Z panem Sz. jeszcze jako tako ciągnęliśmy tę znajomość, ostatnio nawet z własnej woli dwa razy do mnie napisał, ale trochę go olałam. Boję się, że jak znowu zaczniemy bliżej się przyjaźnić to włączy mi się "love" i zacznę się ciąć, bo on kocha D. ale ona o tym nie wie i generalnie to...
Nieważne. To już nie jest moja sprawa. Poza tym, nie przestałam odzywać się do Sz. tylko ze względu na własny egoizm. To nie w moim stylu. Przeglądając nasze rozmowy zauważyłam, że z mojej strony to dziesięć linijek tekstu na temat sensu życia i poważnych spraw, a z jego natomiast zdawkowe wyrażenie jego dezaprobaty dla moich przemyśleń. Dodatkowo nie spotykamy się w ogóle, chociaż planowaliśmy spędzić te wakacje razem, jak przyjaciele, którymi przecież przez ostatni rok byliśmy.
Wcinam krakersy, zapijając je wodą mineralną i myślę, że są dobre.
Przestałam się ostatnio przejmować kaloriami, staram się jeść dużo owoców i warzyw z naszego ogródka. Jadam torebeczkę kaszy gryczanej na śniadanio-obiad, a resztę dnia buszuję między marchewką, zielonym groszkiem, agrestem, wisienkami i książkami. Ograniczyłam puste kalorie. Dopiero dzisiaj pozwoliłam sobie na te krakersy i kilka lodów wodnych. Staram się pić dużo wody i nawet trochę ćwiczę. Robię coś a'la pompki oparta o parapet i czuję że z dnia na dzień moje ramiona stają się silniejsze. Jem za dużo i ćwiczę za mało by chudnąć, ale obiecuję, że postaram się to zmienić.Na razie postawię na trochę większą dawkę ruchu i regularne pięć lub sześć posiłków dziennie, bo chyba to jest moim głównym problemem. A potem się zobaczy.
Nadal nie mam swojego laptopa, czuję się jak bez ręki.
Dziękuję za wszystkie miłe komentarze, czasami myślę, że zależy Wam na mnie bardziej, niż mnie na sobie samej. Trzymajcie się chudo! :3

sobota, 20 lipca 2013

Sobota.

Czy zaznajemy szczęścia jedynie po to, by lękać się, że nas opuści?


Zaczynając pisać chciałam porzucać kurwami i wytłumaczyć Wam, dlaczego to JA mam rację. Ale to bez znaczenia. Gorący prysznic i pachnący śmietanką i wanilią żel w jedną chwilę przywrócił mi spokój ducha.
Moje wahania nastroju są takie..nagłe. Potrafię skakać do nieba próbując złapać chmury, a za chwilę życzyć sobie, że "przypadkiem" wpadnę pod autobus i umrę. To nie do wytrzymania. Potrafię zmienić podejście do życia w przeciągu kilku minut. Nie potrzeba wiele, by wyprowadzić mnie z równowagi. Wystarczy, że ktoś się ze mną nie zgodzi, użyje sarkazmu lub nieświadomie sprawi mi przykrość, a ja wpadam w szał. Mam ochotę rzucić w tę osobę wazonem albo rozwalić ścianę pięścią, ale najczęściej kończy się tylko typową dla mnie "pyskówką" i ew. kilkoma krwawymi kreskami na ręce, kiedy emocje mnie przerosną. Paradoksalnie, sytuacje które powinny rzeczywiście przyprawiać mnie o deszcz złości, strachu lub uczuć nie robią na mnie wrażenia. Są chwile, kiedy czuję się pusta w środku, wyprana ze wszystkiego, z całego dobra, z pasji, ambicji i marzeń. Jednocześnie potrafię powiedzieć, że nigdy nie będę naprawdę szczęśliwa, bo zawsze znajdą się ludzie którzy są w gorszej sytuacji niż ja. Jak mogłabym się cieszyć się, załóżmy, z nowej książki, skoro gdzieś tam, w Afryce właśnie umiera małe dziecko. Czasami wydaje mi się, że nic nie ma sensu, że po śmierci po prostu rozpłynę się w nicość, a innym razem jestem tak bardzo przepełniona weną czy natchnieniem, że jedyne co mogę zrobić to pisać listy bez adresatów, piękne i długie.
Czy ktokolwiek jest w stanie uczynić mnie stabilną? Każdy człowiek tak ma, tylko większość sobie z tym radzi, czy tylko ja i po prostu brakuje mi piątej klepki?
Wypełnia mnie..tak dużo wszystkiego. Nie mogę ogarnąć całej siebie naraz. Nie znam definicji siebie, nie wiem kim jestem, kim chciałabym być, nie znam swojej drogi.
Czasami zaglądam ludziom w oczy w poszukiwaniu tej "iskry" i dochodzę do wniosku, że ma ją tylko jedna osoba na milion innych. Wszystko co chciałabym wyrazić jest tak głęboko ukryte we mnie, że słowa nie oddadzą w nawet w najmniejszym stopniu moich myśli. Nie umiem skupić się na jednej rzeczy, rozprasza mnie dosłownie wszystko. Nie umiem podążać jednym tokiem myślenia, każde zdanie które chcę ułożyć, każdy temat który chciałabym podjąć od razu wiąże się niewidzialnymi nićmi z tysiącem innych. To tak jakbym stała na autostradzie pełnej samochodów i chciała ze szczegółami mi opisać jeden z nich. To dla mnie niewykonalne. Samochody pędzą z prędkością światła, każdy w inną stronę, każdy z innego miejsca na świecie, wszystkie tak samo nowoczesne i tak piękne, jak tylko kawałek blachy i silnik potrafią być piękne. Nie sposób skupić się na jednym. Jedyne, co mogę zrobić to określić jego kolor. Potem samochód ginie wśród miliona innych, pozostawiając mnie bez informacji o marce, kształcie świateł czy kolorze tapicerki. Tak wyglądają moje myśli.
Z dietą w porządku, na razie staram się po prostu nie obżerać do nieprzytomności. Ćwiczyłam dzisiaj trochę, a jutro rano zamierzam iść biegać. Dużo ostatnio czytam, bo zepsułam swój komputer i muszę dzielić się z bratem. Mam nadzieję że wybaczycie mi moją nieobecność, obiecuję, że postaram się pisać regularniej. Już prawie zapomniałam, jaką ulgę mi to przynosi.

środa, 10 lipca 2013

Środa.

Miłość czyni nas kłamcami. 


Ostatnie dni minęły mi na wstawaniu o 13 i jedzeniu. Nie jestem z siebie dumna, obiecałam sobie, że będę wstawać wcześnie. Noc jest od spania. Dodatkowo zepsułam komputer i jutro zawieziemy go do naprawy. Przez najbliższy czas będę musiała korzystać z laptopa taty. Strasznie mi się na nim pisze :c Ale, zawsze lepszy wróbel w garści.
Wczoraj pokłóciłam się z moim przyjacielem. Poszło o jakąś bzdurę, ale wywiązała się z tego spora awantura i on chyba nadal jest na mnie zły, mimo tego że przeprosiłam go już wczoraj w nocy i dzisiaj. Głupia sytuacja, powinnam bardziej uważać na to co mówię. Nienawidzę mojego charakteru. Chyba wszystko przez to, że dla mnie kłamstwo jest nieszczerością, więc każdy kto pomija pewne fakty, automatycznie staje się kłamcą. Noo.. a on chyba po prostu za bardzo wziął to do siebie. Nie wiem co robić.. mam nadzieję, że wkrótce mu przejdzie. A jeśli nie.. cóż.
Bo jest tak, że on kocha się w naszej koleżance. I cały czas o niej mówi. Jaka to jest idealna i piękna i jakie ma długie włosy. A ja.. no okej, jestem zazdrosna. Bardzo. Jestem strasznym zazdrośnikiem i bardzo boli mnie to co on o niej mówi. Chociaż, gdyby swoje uczucia przelał na mnie to i tak byłabym niezadowolona, bo on jednak nie jest tym chłopcem, jakiego szukam. Okej, podoba mi się, ale to wszystko.
W sobotę byłam na imprezie i ten... i on też był. I przeleżeliśmy całą noc razem i nawet się całowaliśmy. Wiedziałam że coś się teraz zjebie, tak czułam! Teraz za każdym razem kiedy usłyszę padające z jego ust imię naszej koleżanki, moje serce będzie rozpadać sie na miliardy małych kawałeczków. Pomimo tego, że tylko mi się podoba.
Jutro też jest dzień.

czwartek, 4 lipca 2013

Środa.

Będą mnie kochać za to, co mnie niszczy, sztylet w moich snach, pył w moich myślach, szaleństwo, które lęgnie się w zakamarkach mego umysłu.

Nie jestem ideałem. 
Nie byłam i nigdy, przenigdy nim nie będę.
Do czego więc dążę? 
Nawet kiedy będę ważyła 45 kilo, kiedy moje włosy będą sięgały tyłka, kiedy ze szkoły będę przynosiła same piątki, spała 8 godzin dziennie, ćwiczyła 3 razy w tygodniu i nie próbowała na każde niepowodzenie reagować przecinaniem sobie skóry nożem kuchennym, nie będę idealna. Ale będę najlepszą mną, jaką mogę być. I właśnie do tego powinnam dążyć. Nie do nóg do szyi, przyzwoitej wielkości cycków i załamania na powiece, bo nigdy, przenigdy nie będę ich miała. 
Mogę pracować nad moim ciałem, ale nigdy nie będę modelką Victoria's Secret. Mogę za to mieć idealny tyłek, umieć zrobić szpagat i wykonywać naraz 100 pompek. Mogę przy odrobinie chęci mieć świadectwo z paskiem, nie rezygnując jednocześnie z życia towarzyskiego(którego i tak nie mam) i snu. Wystarczy odrobina chęci i wytrwałości. 
Więc po co odstawiam te głupie cyrki, porównując się co rusz do mojej szczupłej i wysokiej koleżanki(przyjaciółki?). Tak, ona ma kolano tam gdzie ja połowę uda, ale to nie oznacza, że jest ode mnie lepsza. Ja też mam wiele zalet. 
Wracam do Was po milionie lat.Cały chaos towarzyszący zakończeniu roku minął bezpowrotnie. Czereśnie stały się rumiane, a porzeczki soczyście czerwone. Przeprowadziłam się do mojego nowego pokoju. Udało mi się i zostałam przeniesiona na profil biochemiczny. Teraz mogę być weterynarzem, którym chciałam być od dziecka, tyle że przypadkiem zboczyłam nieco z kursu i poszłam na humana. W przyszłości chciałabym pisać książki, ale mogę to robić równie dobrze pracując gdziekolwiek. Dziewięć godzin polskiego w tygodniu na pewno nie przyczyni się do tego, że nagle zostanę autorką bestsellerów. Jeśli wena mnie znajdzie, to dobrze, jeśli nie, to trudno. W każdym razie wolę mieć plan "B". 
Chciałabym napisać więcej, ale jestem już strasznie zmęczona. 
Jakoś tak.. ciężko mi się myśli. Cóż, dobranoc.


piątek, 31 maja 2013

Piątek.

To takie smutne, wszystko takie smutne; przeżywamy nasze życie jak idioci; a potem umieramy.

Wspomnienia pozostawione same sobie gasną. Topimy smutki w kawie i czekoladowych ciasteczkach. Chcemy być odpowiedzialni, a nasze kwiaty umierają, bo nie potrafimy podlewać ich wystarczająco często.
Bazylii chce się pić.
Brzmię jak palacz z czterdziestoletnim stażem. Kiedy otwieram usta najpierw słychać bulgotanie, a dopiero potem mój stłumiony chorobą głos. Mimo to zaraz wychodzę z domu, bo szkoda marnować taki ładny dzień.
Jadę do przyjaciółki. Na pewno pomoże mi to bardziej niż najlepszy syrop na kaszel świata.
Oglądam przez okno ludzi z dziećmi, którzy nie powinni mieć dzieci, bo są albo za młodzi, albo za biedni. Nie jestem wredna, tylko szczera. Najpierw praca potem dzieci, zwykłam mawiać. Chociaż co ja tam wiem.
Dobrze mi się dzisiaj myśli, tak jasno. W najbliższym czasie postaram się trochę ogarnąć moje sprawy. Powinnam zdefiniować siebie, kolejny raz. Szczerze mówiąc od kilku dobrych lat, odkąd zaczęło mi zależeć na opinii społeczeństwa, jestem tylko nieudolną parodią siebie. Kiedyś było prościej, wychodziłam rano na podwórko, łapałam chrabąszcze i wypuszczałam je do nieba. Potem jechaliśmy z tatą nad jezioro i miałam moją dziecięcą gastrofazę, bo po pływaniu chce się jeść. Dni mijały szybko, bo życie jest krótkie. Czekałam na dzień w którym dorosnę, w nadziei na to, że będę mogła oglądać sceny całowania bez rzygania. Chciałabym znowu być dzieckiem, każdy by chciał. Uczymy się na błędach, a ja popełniłam ich w życiu wiele. Ostatnio przypominają mi się sceny z dzieciństwa, jak zdjęcia, albo urywki filmów. Pokazują mi jaka kiedyś byłam i jak daleko mi teraz do mojego wewnętrznego dziecka. Czy mała ja byłaby dumna z osoby, którą się stała?
 Pan S. kiedyś powiedział mi kiedyś, że jestem jak Piotruś Pan. Ale wtedy byłam tylko urywkiem prawdziwiej mnie. Czy to znaczy, że teraz, kiedy jestem gotowa przestać udawać, polecę do nieba? Mam taką nadzieję. Chmury są z waty cukrowej, a my po śmierci możemy ją jeść, jeść i nie tyjemy.
Pora wznowić program ćwiczeń i świadomego odżywiania, bo jak tak dalej pójdzie będę wyglądała jak niedźwiedź przed zimą. Nie wiem ile ważę, bo moja waga jest zepsuta. Muszę kupić porządną szczotkę do włosów, potem sponsorować moją przyjaciółkę przez jakiś czas, bo ostatnio ciągnę od niej kasę jak nastolatka od bogatych rodziców. Później waga, kiełkownica i inne ważne rzeczy, na które nie mam pieniędzy.
Pragnę, pragnę, pragnę oczojebnie cytrynowych conversów przed kostkę w rozmiarze 37.
Jezu, kocham rzeczy.
Wczoraj około trzeciej nad ranem przeprowadziłam w myślach poważną rozmowę z Panem S. i generalnie czuję sie po tym lepiej. To, że wszystko miało miejsce tylko w mojej głowie naprawdę nie ma znaczenia. Wczoraj obejrzałam "Efekt motyla" i teraz wiem, że możemy zmienić rzeczywistość zmieniając wspomnienia. Przeszłość nie istnieje, to tylko nasza imaginacja dawnych wydarzeń z komentarzami autora. Jest tylko teraz i to, co nastąpi zaraz potem.

wtorek, 28 maja 2013

Wtorek.

Przepraszam, że tak dawno nie pisałam. Miałam dietetyczny kryzys. Któregoś dnia po prostu rzuciłam się na jajecznicę i chleb z serem. Zdarza się najlepszym.
Teraz siedzę chora i zasmarkana. Katar kapie mi z nosa, a myśli są zamglone z winy lekarstw.
Chcę przejść na raw food, od pierwszego czerwca. Problem jest tylko taki, że w promieniu 10km od mojego domu nie ma żadnego sklepu z owocami, warzywami, wiecie. No i pozostaje problem przekonania mamy do tego, że muszę jeść 2tys kalorii dziennie, choćby niebo się waliło. Moja mama nie przyjmuje do wiadomości tego, że muszę jeść. A jako że chcę być zdrowa, muszę jeść tylko surowiznę. A surowizna jest taka droga! Generalnie, mogę jeść i robić co chcę, dopóki nie trzeba wydawać na mnie pieniędzy. Na razie jest dobrze, bo mama zrobiła zakupy, ale co będzie jutro? Nie wyżyję tygodnia na trzech grapefruitach, odrobince winogron, paru jabłkach i pudełeczku truskawek. Jutro jedzenie się skończy i rzucę się na zupę, ziemniaki, czy inne gotowane świństwo.
No nic. Idę dalej cierpieć.

piątek, 17 maja 2013

Piątek.


Don't hang your head in sorrow 
And please don't cry.

 No cóż. Przygód z narkotykami ciąg dalszy.
Zacznę może od tego, że wczoraj spałam od 17 do 23, a potem siedziałam przez całą noc. W szkole było w porządku, ale miałam schizy na edb, że dzwoni mi telefon. Nie dzwonił. Nic się nie wydarzyło. Skończyliśmy lekcje, wróciłam do domu i zjadłam obiad. Napisał do mnie mój przyjaciel, S. (nie mycie z Panem S!). Dla ułatwienia, może niech mój przyjaciel będzie Panem Sz. Tak więc pogadaliśmy chwilę i on zapytał mnie, czy gdybym miała okazję wzięłabym fetę. Ja mówię, że pewnie, bo przecież wszystkiego trzeba w życiu spróbować. I tak się złożyło, że była okazja.
Umówiliśmy się na 17, nad jeziorem, usiedliśmy i wciągamy. Potem ja zaplatałam warkocza z trawy (będzie z 5 metrów ^^) a on grał na gitarze. W sumie, było okej, ale spodziewałam się czegoś lepszego. Wiecie, że będzie mnie nosiło, zacznę recytować Pana Tadeusza od tyłu, a tu praktycznie nic. Pan Sz. mówił że go wzięło, a ja właściwie czułam i nadal czuję tylko subtelną różnicę. Może szybciej się ruszam, ale myśli mi się tak samo :) W każdym razie kolejna rzecz, której "trzeba w życiu spróbować" zostaje skreślona z mojej listy. Okej, nie mam takiej listy, ale gdybym ją miała, mogłabym skreślić. W każdym razie teraz mam zamiar wykorzystać nadmiar energii i trochę poćwiczę. Może też poczytam, bo mam sporo rzeczy do nadrobienia. O i posprzątam.
Dzisiejszy bilans:
Śniadanie: 2 gołąbki z ryżem
Drugie śniadanie: jabłko
Obiad: dwa gołąbki z ryżem, 250g truskawek i trochę kokosa.

Raczej nic więcej już nie zjem, bo czytałam, że po kresce przez jakiś czas mogę mieć jadłowstręt.
Koledzy Pana Sz. mnie nie lubią. Czuję, że niszczę mu reputację i "status w stadzie", ale on nie chce się do tego przyznać.Jesteśmy przyjaciółmi. Fajnie mieć przyjaciela.

wtorek, 14 maja 2013

Wtorek.

Jeśli szukasz drogi do domu, przypomnij sobie, gdzie zostawiłeś swoje serce. 

Bilans:
Śniadanie: owsianka (300)+jabłko(80)
Drugie śniadanie: 2xjabłko (160)
Obiad: Zupa buraczkowa, niezabielana+3 ziemniaki +jabłko +banan
Przekąska: jabłko
Kolacja: owsianka (200)
Przekąska: kilka rzodkiewek

Nie chce mi się tego podliczać. Nie wiem ile kalorii mogły mieć zupa i ziemniaki. Nie popadajmy w paranoję. Owocowo i kolorowo, kocham to. Mamy teraz w domu takie pyszne jabłka, aż ciężko się powstrzymać przed wepchnięciem wszystkiego do buzi. Z ćwiczeń bieganie i ćwiczenia w ogródku. Wczoraj to samo. Mam zamiar jeszcze zrobić kilka ćwiczeń na pośladki i mięśnie brzucha. I może rozciąganie.
Dzień w szkole był okej. Na WF biegaliśmy. Ćwiczyły cztery osoby. Postanowiłam przenieść się w drugim półroczu na biochema. Jedna dziewczyna się wyprowadza i znajdzie się miejsce. Oby mi się udało. Nie wiem co mi odbiło z tym humanem, może fakt, że polski jest dla mnie tak strasznie prosty. Poza tym, nie mam żadnych ambicji z nim związanych. Na pewno nie chcę być nauczycielką, nienawidzę dzieci. Wizja rozszerzonej chemii i biologii trochę mnie przeraża, bo będę musiała się uczyć, co ostatnio rzadko mi się zdarza. Mam nadzieję że w nowym roku szkolnym będę na tyle ogarnięta psychicznie i fizycznie, że dam radę uczyć się tych trudnych przedmiotów i pisać z nich rozszerzoną maturę, bo marzy mi się weterynaria. Kocham zwierzęta i chciałabym im pomagać. Nie wspominając o kasie lecącej z nieba. Tak, tak wiem, że będę musiała mieć super wyniki z matury.
Tak szczerze to czasem sama wymyślam cytaty na górę.
Widziałam dzisiaj pana S. na mieście. Mieliśmy okienko, on najwidoczniej też i jakoś tak się zobaczyliśmy. Nic, nic. Moja koleżanka mu pomachała, a ja nie zrobiłam w sumie nic, bo byliśmy dość daleko od siebie. Kocham pana S., la la la. Całe szczęście chodzimy do innych szkół. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.
Jedziemy jutro z klasą do Poznania, na wykłady i do kina. Rano muszę zaopatrzyć się w dużą ilość owoców i w ogóle jedzenie. Myślałam nad jakimiś zbożowymi listkami, albo sucharkami, czy czymś na obiad, bo raczej nie mam co liczyć na nic zdrowego. Będziemy mieli 30min na frytki w macu. Teraz nie wiem, lepsze sztuczne frytki, czy sztuczne sucharki? Chciałabym zjeść tę zbożową przekąskę, ale poza błonnikiem znajdę w niej aromaty i benzoesan sodu. Z drugiej strony, nie mam pojęcia co znajdę w fastfoodowych frytkach. Nie, no, rozkmina życia. Chociaż z drugiej strony, pewnie ciężko będzie mi targać ze sobą dwa kilo owoców.
Ostatnio byłam na Iron Manie i przeżyłam seans bez coli i karmelkowego popcornu. Jak można pakować w siebie takie sztuczne rzeczy? Moi przyjaciele potrafią.
Edit: trochę wekowanych śliwek, nie mam zielonego pojęcia ile mają kalorii, ale są pyszne.
Motylki, które tu zaglądają pewnie stwierdzą, że się obżeram. Ale szczerze mówiąc, jem dużo mniej i przede wszystkim zdrowiej, niż przed rozpoczęciem zdrowego odżywiania. Mam teraz energię na ćwiczenia. Wcześniej głodziłam się do południa a potem wpierdalam słodycze. Nie potrafiłam się kontrolować. Kiedy widziałam coś do jedzenia, po prostu pchałam to do buzi. Teraz zupka chińska w kuchennej szafce leży spokojnie już ponad tydzień.
Jaram się tym, że za parę tygodni będę mogła wyjść rano z domu, zjeść więcej czereśni i truskawek niż ważę , a potem szczęśliwa i niemogąca się ruszać ogarnąć się i iść do szkoły. Jak byłam młodsza wchodziłam na czereśniowe drzewo i jadłam tyle czereśni, że ból brzucha nie pozwalał mi z niego zejść :) Nie mogę się też doczekać miksowania truskawek z wodą i robienia z nich pysznych, lodowych sorbetów.
Na koniec chciałabym wszystkim podziękować za miłe komentarze i ogólnie, czytanie moich notek. To wiele dla mnie znaczy, naprawdę. Jeśli chcecie, żebym ja również odwiedzała Wasze blogi, zostawcie mi linki :)

poniedziałek, 13 maja 2013

Poniedziałek.

 Miłość – zabije cię i jednocześnie cię ocali.

Dawno nie pisałam, a tyle się zdarzyło. Nadal jem zdrowo. Uwielbiam moje pięć posiłków dziennie. Skurczył mi się żołądek i teraz zadowalam się naprawdę małymi porcjami. Trzeba kupić więcej owoców.
Miałam się nie żalić, ale.. No cóż. Jest tak, że czasem spotykamy osobę, której ręka idealnie pasuje do naszej. Nie każdy ma to szczęście, ale ja miałam. Spotkałam miłość, ale nie "miłość", tylko naprawdę, naprawdę miłość. Jakby w tym całym chaosie zwanym życiem, nagle zaczął istnieć jakiś punkt odniesienia, dzięki któremu wszystko znalazło swoje miejsce. Miłość nie przychodzi i nie odchodzi, miłość jest, albo jej niema. Myślę, że wiecie, kto zawsze był i nawet po tak długim czasie, nadal jest moim punktem odniesienia. A jeśli nie to..tyn tyn tyyyn, czas na historię!
 Z panem S. to było w sumie takie nie wiadomo co. Znaliśmy się z widzenia, ale jakoś nigdy nie staraliśmy się pogłębić naszej relacji. Ale nadszedł dzień, kiedy się spotkaliśmy i nagle wszystko się zmieniło. Wszystko co miałam nagle zaczęło mi wystarczać i przez te kilka miesięcy, kiedy byliśmy kolegami, byłam najszczęśliwsza na świecie. To tak jakby znaleźć brakujący element układanki, którą układało się przez 16 lat. Wszystko co dobre kiedyś się kończy i tak samo skończyła się nasza znajomość, bo pan S. znalazł sobie dziewczynę. Myślałam, że to minie, ale myliłam się. Gdybym nie spędziła z nim pewnych dwóch imprez na których nie mogli nas od siebie odkleić, może byłoby lepiej. W każdym razie skończyliśmy. W sensie on skończył, bo ja kurczowo trzymałam się każdego wspomnienia po nim przez jeszcze jakieś pół roku. Później zaczęłam ogarniać dupę, usunęłam numery i rozmowy, przestałam pojawiać się w miejscach, w których mogłam go zobaczyć. To było jak terapia odwykowa, ale podziałało, naprawdę. Wkrótce moje myśli zajęły inne sprawy, niż nieszczęśliwa miłość. Nowa szkoła, nauka, nowi znajomi. Bywały dni, kiedy przypominałam sobie o nim i bywało mi naprawdę, naprawdę ciężko, ale byłam silna. Ostatnio mi się pogorszyło, bo myślałam o nim częściej. Męczyłam moich znajomych opowieściami o nim i użalaniem się nad swoim losem. Ale bywały dni, w których było dobrze, a tych było zdecydowanie więcej.
 Jadąc w sobotę na imprezę byłam przekonana, że naprawdę, nic nie będzie. I przez praktycznie cały czas było naprawdę spokojnie, ja gadałam z koleżankami, on z kolegami i wydawało się, że wszystko jest w porządku. Nie miałam nawet fazy "love", a w sumie wypiłam dość dużo. Dosiadłam się tylko do mojego przyjaciela, który z kolei zaczął startować do naszej wspólnej przyjaciółki, a mi zrobiło się wtedy tak zajebiście smutno, że musiałam oderwać myśli od tego wszystkiego i zająć się czymś innym. Zabrałam się więc za ustawianie butelek piwa w ładnym równym rządku z podziałem na rodzaje, naklejkami do przodku. W sumie trzeba przyznać, że uzbierało się ich dość sporo i kiedy wydawało się że już jest okej, nagle zagadał do mnie pan S. i wyszło w sumie tak, że wypiliśmy jego piwo na pół. Potem wzięliśmy się za ręce i poszliśmy się całować. W dużym skrócie bo najpierw słodko sobie gadaliśmy, o tym, że tęskniliśmy i że się kochamy. No i tak to było.
 Możecie mnie teraz zabić, nawet byłabym bardzo wdzięczna, bo sama nie wiem co mi odbiło. I jeśli pomyślę, że nadal będzie ze mną tak jak wcześniej, w sensie pół roku zbierania się, to nie wiem czy chcę iść dalej, bo to, co widzę teraz na mojej drodze wydaje się być tak strasznie przerażające, że po prostu się, kurczę, boję. To nie jest nawet sprawa dla żyletek, czy noży, o nie. To jest coś sto razy gorszego i chyba tylko powolne łamanie wszystkich moich kości, byłoby w stanie uwolnić mój psychiczny ból. To boli bardzo. Kolejny raz zobaczyłam raj, tylko po to by zaraz oglądać, jak płonie.

środa, 8 maja 2013

Środa.

Lepiej bez celu iść naprzód niż bez celu stać w miejscu, a z pewnością o niebo lepiej, niż bez celu się cofać.

 Witajcie kochane :3
Od czego by tu zacząć. Od wczoraj. Wczoraj wstałam o piątej, umyłam włosy i zjadłam śniadanie: owsiankę(200) jabłko (80) i banana (80). Nie pamiętam, czy ćwiczyłam. Cały dzień spędziłam włócząc się bez celu po mieście i o 19 nie byłam już w stanie normalnie funkcjonować, bo byłam strasznie zmęczona. Na drugie śniadanie zjadłam deser lodowy ("weganka Anastazja", nie wiem co mi odbiło z tym deserem) który był ogromny, przepyszny i miał pewnie milion kalorii. No, ale cóż, zdarza się. Miałam i nadal mam po nim wyrzuty sumienia, ale stało się, czasu nie cofnę. Wyciągnęłam z tego naukę na przyszłość: następnym razem kiedy będę w cukierni zamówię gofra z owocami i orzechami, żeby po zjedzeniu nie mieć myśli samobójczych. Na lunch zjadłam jaroszkę(bułkę z surówką), która też była kaloryczna(białe pieczywo i sos!) ale nadal lepsza od deseru i wszystkiego innego, co mogłabym dostać w pizzerii. Tą jaroszką byłam najedzona praktycznie do końca dnia. Ominęłam więc obiad, a potem zjadłam już tylko banana i jabłko. Przed snem zrobiłam kilka ćwiczeń wzmacniających i rozciągających, bo byłam zbyt zmęczona, by myśleć o bieganiu.
Dzisiaj przyjeżdża do mnie przyjaciółka i będzie u mnie aż do jutra. Muszę jeszcze posprzątać i umyć włosy.
 Właśnie dotarło do mnie, jaką idiotką byłam jeszcze tydzień temu. Myślałam, że jeśli nie zjem śniadania, to będę "silna" i wytrzymam do końca dnia bez jedzenia. Tak bardzo się myliłam! Przez kilka ostatnich miesięcy nie jadłam śniadania, a po lekcjach rzucałam się na puste kalorie. I tak było w kółko i w kółko. Mimo ciągłych porażek nie docierało do mnie, że muszę coś zmienić, żeby schudnąć. Teraz jem ponad 350kcal na śniadanie, grzecznie zjadam owoce na drugi posiłek i mam energię praktycznie do końca dnia, nawet jeśli później nie jem już nic. Myślałam, że te wszystkie "złote myśli" o śniadaniu to bajki, a teraz jestem przekonana, że to własnie śniadanie ma decydujący wpływ na naszą dietę i samopoczucie. Od paru dni nie odczuwam też, bardzo normalnego u mnie, pociągu do słodyczy i tłustych potraw. 'Zjadłabym sobie frytki, albo chipsy', naprawdę nie ma już czegoś takiego. Ten deser wczoraj był świadomym wyborem, a nie zachcianką zmaltretowanego organizmu, szukającego energii w słodyczach. Przekonałam się, że jeśli dostarczam mu odpowiednią ilość kalorii jedząc zdrowe produkty, nie pojawia się u ochota na nic innego. Od dwóch dni w szafce w kuchni leży nietknięta zupka chińska, która w normalnych warunkach dawno byłaby przeze mnie wchłonięta. Tak samo jak lody w lodówce i ciasto w spiżarni. Nic. Mój organizm, który w końcu przestał decydować o tym co jem dopuścił do głosu zdrowy rozsądek, który mówi, że lepiej zjeść jabłko, bo włosy, cera i samopoczucie. Nie tęsknię za tłustym jedzeniem, ale wiem, że jeśli będę chciała zjeść pizzę czy frytki dla towarzystwa, to naprawdę, żadna krzywda mi się nie stanie.
Jak jeszcze kiedyś ubzduram sobie, żeby się głodzić, to mnie zastrzelcie.

niedziela, 5 maja 2013

Niedziela.

After all, the best thing one can do when it is raining is let it rain.

 Anastazja zmieniła podejście!
 Nie wiem, wyrosłam z motylkowania, czy coś, może to to słońce. Postanowiłam, że będę grzecznie jeść i ćwiczyć.
 Przez dwa lata jedzenia sieczki, albo i nie jedzenia w ogóle,skończyłam z nawiązką kilogramów, wypadającymi włosami, trądzikiem i metabolizmem rozregulowanym do granic możliwości. To nie jest dobre.
Tak sobie pomyślałam, że coś, kurczę, robię nie tak. Ale nadeszła chwila opamiętania. Na racjonalnej diecie schudnę na pewno więcej, niż robiąc to, co robiłam do tej pory. Głodzeniem się i jedzeniem słodyczy na pewno nie osiągnę wymarzonego rozmiaru xs. Przez sługi czas myślałam, że tylko głodówkami mogę osiągnąć cel, a głodówki wychodziły mi tak jak wychodziły, czyli źle.
 Kilka dni temu postanowiłam, że po prostu zacznę zdrowo jeść. Wyrzuciłam z mojej diety wszystko co niezdrowe, kaloryczne i przetworzone. Od teraz tylko owoce, warzywa, nasiona i orzechy, owsianka na wodzie i zdrowe pieczywo. Od paru dni, od kiedy zaczęłam "grzecznie" jeść, nie ciągnie mnie do słodyczy, czuję się naprawdę świetnie, mam siłę na ćwiczenia, ochotę na czytanie i myślę dużo jaśniej. W ogóle, zmieniłam mój stosunek do świata. Pofarbowałam włosy na brąz podchodzący pod czerń ("ciemny blond", jasne) i sama obcięłam sobie grzywkę. Po ostatniej wizycie u fryzjera stwierdziłam, że sama zrobię to lepiej. Wracając do tematu odżywiania, uznałam, że będę jadła sześć razy dziennie to, co zdążyłam już opisać wyżej. Na śniadanie owsiankę, w szkolę owsiany batonik musli(150) małe jabłko(80) lub bułeczkę(111). Dwie rzeczy na dwa razy, chyba, że lekcje będą skrócone. Na obiad ziemniaki z surówką, albo zupę, zależy co będzie +owoc. Na podwieczorek i kolację owoce i warzywa. Postaram sie mieścić w limicie 1300kcal dziennie. Myślę, że nie jest to dużo, jeśli dorzucę do tego godzinę biegania i rozciąganie.Do tego dużo wody i świeżych soków. A jeśli najdzie mnie ochota na wodnego loda, albo przekąskę typu sunbites, to je zjem i nie będę dramatyzować.

Okej, lecę biegać, bo zaraz w lasach zrobi się ciemna dupa i będę się bała.

wtorek, 30 kwietnia 2013

Wtorek.

All U need is..

Życzę sobie chudości. Zwykle, jak bardzo czegoś chcę, to to dostaję, wcześniej, czy później. Tyle że chudości nie można kupić, ani wygrać na loterii. Trzeba na nią pracować. A Anastazka cieszy się kolejnymi słodkimi kęsami wpychanymi do buzi.
Mniam, 100,200,300, 67565987987 kalorii. Płyną sobie powoli po moim organizmie, kumulując się w okolicach brzucha i ud i mówiąc mojemu mózgowi, że jest zmęczony i że, w sumie, jeśli nie nauczy się na poprawę z historii, to też nic się nie stanie.
Na nic się zdają motywacje, obrazki i lustro. Nie widzę tego, jak się krzywdzę. Moje oczy myślą, że jest w porządku. Mój mózg każe mi jeść, a może to psychika? Mówię nie, ale to nic nie daje. Nie jem prawie nic do 15, żeby zaraz potem zapchać żołądek jedzeniem i wmawiać sobie, że teraz jestem szczęśliwa. Oh, tak, pełna i szczęśliwa. Ze spodniami opinającymi się na udach i uroczymi boczkami, tyle szczęścia!
Chcę odciąć się od świata na jakiś czas, może do niedzieli. Czytać, uczyć się, pisać bloga, ćwiczyć i jeść same jabłka. Mam Wam tyle do opowiedzenia!

czwartek, 25 kwietnia 2013

Czwartek.

W bezsenne noce, takie jak ta, spójrz w niebo i przypomnij sobie wszystkie nasze sny. 


Muzyka skrapla się w powietrzu, a ja próbuję złożyć moje myśli w kilka zgrabnych zdań.
To nie tak, że się nie staram. Dni, w których się nie obżeram, w których bilans wynosi około 1000kcal, to dobre dni. Szczerze, ten tydzień był dobry. Potrafię biec już całe 50 min bez zatrzymania, umiem wstać o piątej rano i uważać na to, co jem. Nie jestem w stanie natomiast panować nad moją głupią zazdrością. Wszystkich, których kocham zamknęłabym najchętniej w klatce i trzymała pod łóżkiem.
Po kolei, zacznę może od bilansu.
W nocy: owsianka na wodzie+gorący kubek i pół bułki
Rano: dwie minikanapki warzywne
W szkole: jabłko i ciemna bułka, później nestea.
Obiad: fasolka, paczka sucharków
Podwieczorek: sucharki
Tyle tu tego. Zjadłam owsiankę w nocy, ponieważ położyłam się o 17 i wstałam o 24. To nie było mi potrzebne. Do tego śniadanie! Sałata pomidorki i rzodkiewki wyglądały tak apetycznie! Mama wepchała pewnie tonę margaryny pod spód, ale nie, nie zniechęciło mnie to. Przecież lubię być gruba, a kiedy mój przyjaciel wysyła mi zdjęcia siebie i swojej znajomej, pytając, czyż nie wyglądają razem uroczo, skaczę do nieba ciesząc się z jego szczęścia. Nie. Jedyne, co zrobiłam dzisiaj dobrze, to wyjście na mój stary, nie do końca napompowany rower i jeżdżenie nim od 16 do 20:30. To jedyne, co mi wyszło. Może jeszcze popołudnie w cukierni, gdzie zamówiłam tylko napój, podczas, gdy moje koleżanki jadły różne rzeczy. Postanowiłam wmawiać ludziom, że jestem uczulona na laktozę, bo weganizm jest taki be i jestem wariatką, jeśli nie piję mleka.
Dni stały się ciepłe, cycki wyszły na ulicę. Nie żebym się użalała, czy coś, ale no proszę, mam 17 lat, dwadzieścia niepotrzebnych kilogramów i TAM tyle co dwunastolatka. Nie fair, kurczę, po prostu nie fair!
Nie wejdę pod biurko i nie będę płakać. Nie wbiję sobie w rękę wszystkich ostrych rzeczy, które mam w domu. Nie wydłubię sobie szpiku łyżeczką. Nie wezmę wszystkich tabletek świata.
Mój przyjaciel może kochać kogo chce, pisać do kogo chce, robić sobie zdjęcia z kim chce, a mi chuj do tego. Tak bardzo chciałabym mieć go dla siebie i spędzać z nim czas. Ale wiem jak to by się skończyło. Gdyby on zaczął się mną interesować w "ten" sposób, ja stałabym się nagle suką i zniszczyłabym mu psychikę. Dobrze wiesz, Anastazjo, dobrze wiesz, bo zawsze tak robisz. Myślisz że tym razem będzie inaczej? Gdy tylko coś zaczyna być na rzeczy, niszczysz to. Taka jesteś.
Koniec tej pseudożyciowej sieczki. Jutro tylko 3 lekcje.

piątek, 19 kwietnia 2013

Piątek 3

- Masz już jakiś plan? - Przedawkować, podciąć sobie żyły, a potem się powiesić. - Wszystko na raz? - Żeby przypadkiem nie zostało to zinterpretowane jako wołanie o pomoc.”

 Dziesiąta, padam z nóg. Zwykle nie odzywam się przez tydzień, a teraz piszę już trzeciego posta. Nie ważne. Od 17:30 do 20:00 byłam z przyjaciółką na rowerze. Na kolację zjadłam nasiona lnu.
Najprawdopodobniej cały jutrzejszy dzień spędzę z nosem w książkach, chyba, że będzie pochmurno, wtedy pójdę biegać. Mam masę rzeczy do zrobienia. Muszę posprzątać i wywalić wszystko, co jest mi już nie potrzebne. Nadal nie skończyłam "Pięknych istot", a po moim biurku wala się biografia Gunsów i "Intruz", które proszą o uwagę. Tak bardzo nie mam czasu.
W tym tygodniu czekają mnie sprawdziany z: historii, matmy, francuskiego, informatyki i edb. Dodatkowo muszę nauczyć się też na inne przedmioty i oczywiście odrobić zadania domowe. Mam nadzieję, że wyrobię się przez jutro, bo w niedzielę wolałabym się raczej zrelaksować, a nie zakuwać. To mój nowy system, nauka w weekend, luz przez cały tydzień. Ten pomysł podsunęła mi koleżanka i przyznaję, że rzeczywiście nie głupie.
 Dobra, nie ważne. W każdym razie mój sen się spełnił i widziałam dzisiaj Pana S. Ktoś powinien mi przywalić, serio. Minął już rok, to jest po prostu chore. Wychodziłam ze szkoły i byłam zajęta rozplątywaniem słuchawek, kiedy na chwilę podniosłam wzrok i nagle widzę go. Serce zabiło mi milion razy szybciej z obawy, że znowu zostanie rozkruszone na kawałeczki. Spuściłam wzrok, udając, że go nie zauważyłam. Tak było najbezpieczniej. Po wyjściu na chodnik szedł kilka kroków za mną. Czułam się, jakbym uciekała przed śmiercią.
 Ale moja skóra nie pękła i nie została ze mnie mokra breja. Moje kości nie rozsypały się po ulicy i żaden kierowca nie musiał kreślić zygzaków na drodze, by nie pobrudzić sobie kół. Nie zamieniłam się w stado motyli, nie zemdlałam, nie chwyciłam najbliższego kamienia i nie rozwaliłam sobie nim głowy. Jedyne co, to szłam trochę krzywo, ale ja zawsze tak chodzę. Przeżyłam. Nic się nie stało. Do daty 21\12\2012 mogę dopisać 19\04\2013, a poza tym..poza tym, jest tak jak dawniej.
 Czego oczy nie widza, tego sercu nie żal. Gorzej, kiedy wreszcie zobaczą.
 To też nie ważne. Kurier przywiózł moje bordowe trampki. Pierwszy raz od wielu, wielu miesięcy przeżyłam dzień naprawdę dobrze. Idę się kąpać i spać, jutro czeka mnie masa pracy.
Chudych snów :3

Piątek 2.

This is your life, this is your time. What, if the flame won't last forever? 

 Usiadłam w mojej pierwszej ławce spojrzałam na tę mroczną stronę biurka nauczycielki. Teraz pokrywa ją brązowa, olejna farba. Wcześniej uczniowie pisali na niej teksty od serca, w stylu "koty liżą masło". Sama dopisałam tam małym druczkiem "be vege". Jakiś czas temu pojawił się tekst, który umieściłam na początku. Nie wiedzieć czemu zapadł mi w pamięć.
 Uczyłam się przez całą noc i położyłam spać dopiero o piątej. Wiecie.. przyśnił mi się Pan S. Nie był to jakiś szczególny sen, po prostu przemknął mi przez głowę i zniknął w gęstwinie innych. Zapomniałam. To tylko moja głupia imaginacja.
 Dzień minął mi spokojnie. Już w nocy postanowiłam sobie, że się ogarniam i jak na razie idzie mi dobrze. Przemyślałam wszystko.
 Będę wstawała o piątej, myła głowę i ćwiczyła. Mój pierwszy posiłek zjem w szkole, na długiej przerwie i będzie składał się z a) bułeczki fińskiej (111) we wtorki i czwartki, kiedy mam po siedem lekcji i b) małego jabłka (80) w pozostałe dni. Na sprawdziany będę uczyła się w weekendy, a lekcje odrabiała zaraz po szkole. Po powrocie do domu będę piła świeżo wyciśnięty sok, a kalorie liczyła jako 3/4 kalorii owoców i warzyw, z których został zrobiony.  Potem będę miała dwie godziny treningu kardio, czas na powtórzenie lekcji, a potem na czytanie i komputer. Kolację będę jadła tylko w "jabłkowe" dni, natomiast w pozostałe ograniczę się do 100 kcal z orzechów i nasion.
___________
resztę dopiszę potem, idę na rower :3



Piątek.

Na najlepsze rzeczy czeka się najdłużej i cierpi najwięcej.  

Po drugiej. Siedzę przed komputerem w różowej piżamce i z pełnym brzuchem. Już 19 kwietnia. Kolejny gruby miesiąc. Nie rozumiem. Staram się, naprawdę. Codziennie wstaję z myślą, że dam radę. Na śniadanie jem jabłko, w szkole piję wodę albo kupuję batonik musli. W domu jadam owoce i owsiankę. Czasami zjem gołąbka z ryżem. Albo fasolkę. Mam ochotę na fasolę, potrzebuję białka. Jem po 18, ale to tylko dlatego, że chodzę spać grubo po północy, a wiadomo, że im później, tym silnej woli mniej. Piję dużo wody, ćwiczę. Dlaczego nie chudnę? Jaki jest tego powód?
Może wszechświat nie chce, żebym schudła. Może wtedy moje życie będzie dobre, a ja sama będę szczęśliwa. Wszędzie widzę mój tłuszcz, na każdym kroku. Jak wylewa się spod spodni i faluje na ramionach. Widzę moje szczupłe koleżanki i przeklinam dzień, w którym rodzice postanowili, że utuczą mnie, bym czasami nie była ładna.
Słońce dotyka swoimi promieniami mojej bladej twarzy, a ja czuję jego ciepło. To tak, jakby ktoś dotykał mnie cienkim, rozgrzanym do czerwoności kawałkiem metalu i rysował na mojej cerze pajęczynkę niewidzialnych zmarszczek, które ujawnią się dopiero za kilka lat. Nie, dzisiaj filtr 36 SPF nie wystarczy. Potrzebuję więcej. Nie cierpię lata. Liczyłam na przynajmniej dwa miesiące chowania się za swetrami i wiosenną kurtką, a tu proszę. Tegoroczna wiosna nie przyszła, zostawiając mnie w cienkim sweterku i dwudziestoma kilogramami tłuszczu, których nie chcę.
Muszę starać się bardziej. Pieprzyć zdrowie. Motylkowi nie wolno zjeść owsianki i dwóch ryżowych gołąbków. Powinnam schować to wszystko do woreczka i zadowolić się wodą, powietrzem i ćwiczeniami. Albo ziarnem soli, czy ząbkiem czosnku, czymkolwiek, co jest małe i leciutkie. Powinnam kroić wszystko na milion części i powoli wkładać je do ust, delektując się każdym kęsem. Jedzenie to narkotyk. Uszczęśliwia mnie na chwilę, ale wbija w podłogę na znacznie dłużej. Otumania umysł i spowalnia myślenie. Mój organizm zajęty jest trawieniem, a nie odrabianiem lekcji. Moje myśli są zamglone, zasnute pajęczymi nićmi, niepełne, krótkie i przezroczyste. Tylko i wyłącznie dlatego, że tak jest bezpieczniej.
Chcę poczuć to wszystko. Dotyk delikatnego materiału nowych, pięknych ubrań. Samozadowolenie. Wolność. Dumę. Chcę uśmiechnąć się do swojego odbicia i swoich wrogów. Zatańczyć, latać, biec przez całą godzinę, włożyć do szkoły krótkie spodenki i rozbierać się w szatni przy koleżankach. Chcę być tak perfekcyjna, jak jeszcze nikt. Muszę pracować, muszę poczuć ból, bo jeśli nie czujemy bólu, nie czujemy życia.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Poniedziałek.

 A zatem będę szczęśliwa i smutna, wniebowzięta i zrozpaczona, bezpieczna i zlękniona, kochana i odrzucona, cierpliwa i rozdrażniona, spokojna i dzika, pełna i pusta... Wszystko to będę czuła. Wszystko będzie moje

Pięknie, pięknie tak nie dawać znaku życia przez tydzień. Z dietą.. ee.. pomińmy ten temat. Chwała, że zaczęłam ćwiczyć.
Ostatnio dni mijają mi na pisaniu z My Friend i czuję się z tym dobrze. Mówiąc "My Friend" mam na myśli tego z gitarą. Mam za sobą bardzo miły dzień. Pierwszy raz od naprawdę długiego czasu nie zrobiłam kreski na powiekach. Uznałam, że bez niej też jest okej.
W szkole miło i spokojnie. Starałam się nie zwracać uwagi na byłe friends. Sporo chłopców wróciło z krótszymi włosami po weekendzie. Chłopcy, nie róbcie tego! Dłuższe włosy są super. Na korytarzach zakwitła plaga nowiutkich vansów i conversów, a z moich upatrzonych już, bordowych za kostkę, przerzuciłam się na sama-nie-wiem-czego-chcę. Dostałam dwóję ze sprawdzianu z matmy(u nas dwa to dobra ocena, wiec yeah) i w miarę dobrze poszedł mi sprawdzian z PP, na który praktycznie się nie uczyłam.
Po czterech godzinach snu w nocy, mogę stwierdzić, że trzymam się nieźle. To przez to, że biegałam dzisiaj po szkole. Endorfiny i te rzeczy, lepsze niż mocna, czarna, niesłodzona. Nie mam za bardzo weny na pisanie, ani żadnych głębokich przemyśleń. Piszę tu po to, żeby powiedzieć że wszystko u mnie okej.
Jutro sprawdzian z historii i francuski (brrr) Enjoy!

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Poniedziałek.

Tu pierwszy zginę, jeśli niebo się zawali. 


Poniedziałek poszedł mi dobrze. W miarę dobrze.
Wstałam, ogarnęłam się, zjadłam jabłko.
Pojechałam do szkoły, napisałam sprawdzian z matmy, wróciłam ze szkoły. Zjadłam naleśniki, pomarańczę i owsiankę. Poszłam spać, wstałam, wypiłam sok owocowo warzywny i wywęszyłam trochę słodyczy. Poćwiczyłam, zrobiłam trening ABS.

Dzisiaj chciałabym napisać o czymś, co  wczoraj bardzo mnie zabolało.
Bo mam teraz kolegę, wiecie i on generalnie interesuje się muzyką. Ma gitarę, whatever. I kiedy pisaliśmy powiedział, że powinnam przeczytać książkę o Gunsach, to będzemy mogli sensownie porozmawiać. Jak cios w serce. Okej, przyznaję bez bicia, jestem muzycznym ignorantem, mam słuch muzyczny na poziomie paprotki, nie znam się na muzyce za cholerę i jakoś nie za bardzo palę się do tego żeby to zmienić. Cóż, prawda jest taka, że teraz absolutnie każdy interesuje się muzyką. Oczywiście podziwiam wszystkich którzy śpiewają, albo grają na jakimś instrumencie (mi pewnie ciężko byłoby ogarnąć trójkąt). Chodzi mi po prostu o to, że wydaje mi sie, że mój kolega uważa, że jeśli nie jestem wielkim fanem muzyki (nieważne w jakiej postaci) to nie mam żadnych zainteresowań i ogólnie życia. Takie odniosłam wrażenie, po prostu.
I nie jest tak, że nie słucham muzyki :) Moja playlista składa się z mieszanki muzyki klasycznej, instrumentalnej,popularnej, rockowej i cholerawiejakiej i jest mi z tym dobrze. LOL i wkurzają mnie natchnione i głębokie nastolatki słuchające natchnionych starych zespołów. Tak na pokaz. Coby ludzie nie myśleli, że są fankami Justina, czy coś.
Eh, jak zwykle źle się wyraziłam i połowa czytelników źle mnie zrozumie :) Lubię muzykę, ale żeby to ona nadawała sens mojemu życiu.. to aż tak nie.
Czym się zatem interesuję? Dobre pytanie. Wszystkim i niczym. Może zacznijmy od tych oczywistych rzeczy.. zdrowym lajfstajlem :3, weganizmem, ćwiczeniami, bieganiem. Wiem co jeść, jak chce się nabrać masy mięśniowej, wiem i zdaję sobie sprawę z tego, że zwierzątka na dużych fermach cierpią. Jak tylko zrobi się cieplej zacznę biegać. Poza tym.. gotowaniem. To w jakimś stopniu wiąże się z weganizmem, ale wiem na przykład jak upiec kaczkę czy zrobić babeczki. Były czasy, kiedy namiętnie oglądałam kanały kulinarne :3 Oczywiście zdrowym odżywianiem. Poza tym czytam, lubię antyutopie i te normalne, niefilozoficzne książki. Ostatnio faza na Szekspira. Przypadkowa poezja internetowa, moja wielka miłość. W niewielkim stopniu fotografia, bo generalnie uwielbiam uwieczniać chwile, a fakt faktem, że mam aparat tylko w telefonie, to już inna sprawa :) Rozwojem osobistym, zainteresowanych odsyłam tutaj: http://michalpasterski.pl/. Szczerze, to lubię też czytać o ufo i różnych dziwnych zjawiskach :3 Były czasy kiedy spędzałam całe dnie na tej stronie: http://www.paranormalium.pl/. Poza tym moda i uroda, tak całkiem mainstremowo. Regularnie odwiedzam te strony: http://www.alinarose.pl/http://www.anwen.pl/http://lookbook.nu/. Do tego Azją i tamtejszą kulturą, ale wiedzę na ten temat czerpię głównie z bloga i filmików Azjatyckiego Cukru :) (wiem, wiem, ignorantka ze mnie).
Zwykle jest tak, że przez parę dni mam na coś "fazę",a następnie emocje opadają i zajmuję się czymś innym. Chociaż, zawsze regularnie wracam do wszystkiego, co mnie interesuje. Nie myślcie sobie, że po prostu raz przeczytałam artykuł o UFO i od razu robię z siebie znawcę kosmosu :)
Wiele osób uważa, że jeśli ktoś ma aż tak wiele zainteresowań, to właściwie nie interesuje się niczym. Ja tak nie myślę. Nie chcę się ograniczać do jednej czy dwóch dziedzin, bo jest wiele więcej takich, które naprawdę mnie ciekawią i uważam że warto je zagłębiać. Może nie jestem wielkim znawcą każdej z nich, ale swoje wiem i podyskutować- podyskutuję.
Marzy mi się spotkanie osoby, z którą mogłabym pogadać o samorozwoju czy życiu z Singapurze, ale w kręgu moich zafascynowanych muzyką znajomych, jest to chyba niemożliwe. No cóż, nadzieja matką głupich :)
Ah, wybrałam już przedmioty, z których dodatkowo napiszę maturę- to geografia i WOS.
A jakie są Wasze zainteresowania? Macie jakieś nietypowe hobby? Jeśli tak, to piszcie :)

czwartek, 4 kwietnia 2013

Czwartek

Świadomość wszystkich nas przemienia w tchórzy,
Rumiany odcień naszej stanowczości
Blaknie, pokryty bladą barwą myśli,
A przedsięwzięcia rozległe i ważkie
Z przyczyny owej w nurt wpadają kręty
I gubią imię czynów.


 Sytuacja mi się skomplikowała. Dość bardzo, a nawet bardziej.
 Od czego by tu zacząć.. Hm, może od czegoś prostego.         Od dzisiaj (sukces!) jestem na prawdziwej  diecie i czuję się z tym naprawdę super. Zjadłam tylko pomarańczę, jabłko i kawałek ciasta + podjadałam nasiona lnu po powrocie ze szkoły. Zrobiłam kilka ćwiczeń na ręce.
 Spałam tylko cztery godziny. Dzisiaj chciałabym położyć się wcześniej, ale znając życie, wyjdzie jak zwykle.
 O mojej sytuacji, może na pierwszy ogień moje friends. Cóż, jest tak, że żyjesz sobie z kimś w zgodzie i miłości, aż tu nagle, ten ktoś z dnia na dzień przestaje się do ciebie odzywać chujwieczemu. No szlag by człowieka trafił. Czy naprawdę wszystkie kobiety w moim otoczeniu muszą zachowywać się.. no jak kobiety? No i co, najpierw jedna, miesiąc potem druga i teraz w sumie nie wiem czy czekać na kolejne obrażone, czy co. Kurczę, no, to po prostu nie fair. Gdybym zabiła im obu ojców i zgwałciła psy(albo odwrotnie) to okej, mogłyby być złe, ale tak? Ale okej, zostawmy to. Jeśli ktoś nie chce się ze mną przyjaźnić, bo nagle stałam się niefajna, naprawdę, nie mam nic przeciwko. Ale nie to mnie boli, tylko fakt, że teraz inna moja przyjaciółka, która jest, no kurcze, synonimem wszelkiej zajebistości, uroku, dystansu do świata, zboczenia i samodzielnego myślenia jest teraz rozdarta między tamtą obrażoną a mną. Oh, nie, zaraz rozdarta to złe słowo. Ona.. No nie wiem, spędza z nią przerwy i w ogóle, a jak chcę się zbliżyć, to moja była przyjaciółka obrzuca mnie nienawistnym spojrzeniem. Jak tu żyć? Dzisiaj, na przykład, miałyśmy obie zwolnić się z wuefu i spędzić razem dwie godziny. Niestety, w szkole okazało się, że ta druga też ma zwolnienie i chyba wiadomo, kto dobrze się bawił, a kto siedział samotnie, patrząc na grające dzieci.
 Druga sprawa. Cóż, ostatnio zaprzyjaźniłam się z moim kolegą, jeszcze z gimnazjum. Piszemy sobie codziennie esemeski i widzimy się w pociągu. On zbiera się po koszu od mojej koleżanki, ale ostatnio znowu do niej pisze. Ja przekonuję go, żeby dał sobie spokój, a on nadal swoje. No ale nie ważne, chodzi o to, że on chyba.. ee.. pociąga mnie seksualnie. No cóż, nie żeby z nim być, czy coś, ale tak się przelizać, to w sumie czemu nie. Boje się że kiedyś na imprezie rzucę się na niego, albo powiem coś niewłaściwego i zniszczę naszą przyjaźń.
Tak, jest seksi, ma długie, kręcone włosy i gitarę elektryczną.
Paliłam trawkę w poniedziałek ^^ Własnie z nim. Jak na pierwszy raz.. cóż, całkiem okej. Chodziłam w kółko i gadałam od rzeczy. Może nie była to "pizda życia", ale zawsze jakieś nowe doświadczenie i zawsze jakiś pierwszy raz :)

Paula, dziękuję. Dzięki Twojemu komentarzowi ogarnęłam dupę i pierwszy raz od naprawdę długiego czasu nie zawaliłam.

niedziela, 24 marca 2013

Niedziela.

 „Drzewa umierają inaczej niż ludzie. Drzewa wyglądają tak, jak gdyby cieszyły się własną śmiercią. Wprawdzie potem będzie wiosna i one odkwitną znowu, ale ty wiesz, że nigdy nie można mieć pewności. No i skąd o tym mogą wiedzieć drzewa? Dla nich pa pewno każda jesień jest ostatnia.”

Czy wydaje Wam się czasem, że wszyscy otaczający Was ludzie, to idioci? Mi owszem. Nawet częściej niż czasem, non stop. Ludzie nie myślą. Idą do kościoła, wymarznąć się za wszystkie czasy, tylko po to, by mieć pewność, że po śmierci trafią do nieba. Lecą bezmyślnie jak ćmy do świecy, a potem dziwią się, że rozbijają się o szybę. Próbują być "normalni" przez co tracą samych siebie. 
Ludzie to dla mnie.. cóż, takie zwierzątka. Głupiutkie i merdające ogonkiem, kiedy kupi im się batonika albo napisze wypracowanie. Kilka normalnych  osób, które znam, dziwą się, dlaczego jestem dla nich miła, skoro i tak uważam ich za idiotów. Dobre pytanie. Jeśli kotek przymila Wam się do nogi, kopiecie go? 
 Okej, dosyć tej filozoficznej sieczki. Zawaliłam dzisiaj dietę, ale nie jestem tym jakoś szczególnie przejęta. Nie próbowałam popełnić samobójstwa, nie rozbiłam żadnego związku, nie wydłubałam sobie serca łyżeczką. To duży sukces. 
 Cały weekend przeleżałam w łóżku. Wstawałam tylko po to, żeby iść zjeść i posiedzieć chwilę na kompie. Napisałam rozprawkę dla koleżanki, poza tym nie zrobiłam nic. 
 W piątek o dwudziestej drugiej ubrałam się w dres i poszłam biegać. Udało mi się biec całe 35min. bez przerwy i to całkiem konkretnym tempem. W sobotę podobnie. Dzisiaj wysmarkałam już chyba pięć paczek chusteczek. 
 Przez cały weekend o dziwo nie miałam żadnych szczególnych wahań nastroju, które towarzyszą mi już od dłuższego czasu. Wpadam w stan euforii, by za kilka godzin chcieć podciąć sobie żyły. I tak egzystuję, raz na wozie, raz pod. Współczuję moim rodzicom i znajomym. Gdybym musiała spędzać czas z kimś takim jak ja, pewnie bym oszalała. 

piątek, 22 marca 2013

Piątek.

Czasami to, co najbardziej prawdziwe, dzieje się tylko w wyobraźni. Wspominamy tylko to, co nigdy się nie wydarzyło.

Mam naprawdę masę nauki, ale co tam, napiszę wpis.
Śnieg spada delikatnie na ziemię, która zamarza czując jego chłód. Trawy i drzewa śpią, nie chcą wiedzieć. To tak jakby dobrowolnie umierały. Lepiej umrzeć, czy cierpieć? Po zimie zawsze nadchodzi wiosna. Po deszczu łezkach błyska tęcza i wszystko jest dobrze.
Nie trzymam się ostatnio najlepiej, mam wahania nastroju. Ciężko jest mi się uśmiechać. Ale bywają chwile, gdy jest dobrze, takie jak ta. Ostatnio nie wydarzyło się u mnie nic ciekawego. Dwudziesty drugi marca, moje urodziny. Postaram się uśmiechać w szkole, obiecuję.
Kupiłam ostatnio bardzo dużo nowych ciuchów. Nie mam pojęcia skąd moi rodzice biorą pieniądze, ale robią to dobrze. Zamówiłam sobie dzisiaj glany. Kupiłam opakowanie merci, ale przed szkołą dokupię jeszcze jedno. Przezorny zawsze ubezpieczony. Pan S. powiedział mi kiedyś, że jestem przezorna. W chwilach takich jak ta potrafię cieszyć się tym, że przez jakiś czas go znałam. Nic poza tym. Żadnych wspomnień, żyletek, nic. Jeśli taki nastrój utrzyma mi się przez cały jutrzejszy dzień, będzie naprawdę super.
Może dieta, odchudzanie i te rzeczy to na razie nie moja bajka, ale zaczęłam jeść naprawdę zdrowo. Na śniadanie zjadłam wafla ryżowego, dwie rzodkiewki i pomidora, na drugie śniadanie owsiany batonik musli, na lunch(wróciłam wcześniej ze szkoły:3) porcję owsianki, na obiad też. Kolacja to sok z: ananasa, dwóch jabłek,dwóch marchewek, trzech pomarańczy i jednej cytryny. Nie potrafię obliczyć jego kaloryczności.
W domu już tylko babcia proponuje mi owsiankę z mlekiem. Dodam, że zwykle po prostu gotuję płatki owsiane w osolonej wodzie, przecedzam i wcinam (love owsianka). Rodzice zaakceptowali mój weganizm. Kocham być weganką. Dostanę od koleżanek koszulkę propagującą weganizm i mam udawać zaskoczenie. Love.
W najbliższym czasie (lub dalszym) mamy zamiar wziąć z kolegą LSD. Nie wiem jak to będzie, ale zawsze chciałam tego spróbować. Teraz mam okazję.
Hot seventeen!

niedziela, 10 marca 2013

Niedziela.

Dni mijają szybko, życie jest krótkie. 

Nie pamiętam, kiedy ostatnio pisałam. Dawno temu.
Jest okej. Jak tak teraz siedzę, piszę z kolegą i słucham muzyki. To jedna z tych krótkich chwil, w których jest okej.
Biegałam dzisiaj, dłużej niż zwykle. Kilka dni czekałam na dzień, w którym polne drogi będą suche. A teraz pada śnieg. Pięknie. Lubię ten ból w płucach, wiatr uderzający mnie w nos i wolną przestrzeń, która mnie otacza. To tak jakbym była tylko ja i mój świat, bez kartkówek z fizyki i małych płaczących księżniczek.
Jem ostatnio, dużo.
Przeszłam przez fazę makaronu w zeszłym tygodniu, niejedzenia śniadań w tym i jedzenia owsianki przez cały dzień w ostatnich dniach. Życie powoli ze mnie ulatuje, czuję to. Niedługo się wykończę i mnie nie będzie.
Smutno mi ostatnio. Miewam huśtawki nastroju i myśli samobójcze. Od pięciu dni męczy mnie migrena. Ból jest nie do zniesienia, mam ochotę wydrapać sobie mózg, pociąć każdy kawałek mojej skóry i wyrwać paznokcie kombinerkami. Patrzę na spadający śnieg i zastanawiam się co jest ze mną nie tak. Przytrafiają mi się takie głupie rzeczy.
Ostatnio, na przykład. Czwartek, piąta lekcja, matma. Spaliłam się ze wstydu i zapadłam pod ziemię, a potem wróciłam do świata żywych, by dalej egzystować. Łukasz i jego kolega pisali poprawę na naszej lekcji. Pani na chwilę wyszła. Cisza. Nagle moja koleżanka do mnie, na cały głos, który z nich to ten chłopak, który mi się podoba i czy to ten w zielonej bluzie. Co za upokorzenie.
Mam ochotę na pyszną, słoną owsiankę.
Tak bardzo chciałabym umieć się starać.

wtorek, 19 lutego 2013

Wtorek.

Jeżeli dadzą ci papier w linie, pisz w poprzek.

Milion lat temu, kiedy ostatnio tutaj pisałam, było dobrze. 
Teraz jest.. teraz też jest w sumie dobrze. Pomijając fakt, że podłoga w moim pokoju jest zawalona śmieciami. Nie mogłam znaleźć miotły. Trudno. Mama przyjdzie z pracy, to pozamiata. 
W zeszłym tygodniu niestety nie dałam rady napisać ani jednego posta. Cały tydzień miałam zawalony nauką. Przejebane. Ten tydzień będzie podobny, tyle że odpuściłam sobie pierwsze dwa dni. Jestem chora, a chusteczki są wszędzie. Jutro muszę wrócić do szkoły. Tak bardzo nie chcę. Chcę, lubię szkołę. Trzeba się uczyć i spać po 4 godziny dziennie, ale jest fajnie. Tyle zabawy.
W sumie, od poniedziałku do piątku jadłam skromnie i nawet trochę ćwiczyłam. W weekend jak zwykle żywiłam się słodyczami i frytkami. To już chyba taka moja tradycja - głodować przez cały tydzień, kiedy mam masę stresu, nauki i zajęć, a jeść w dni wolne, kiedy mogę leżeć na dupie i nie nie robić. To takie dołujące. Poza tym, nie robię zupełnie nic, żeby to zmienić. Muszę zacząć organizować sobie weekendy. Najwyższy czas. Jeśli tak dalej pójdzie, będę wyglądała jak wieloryb. Już wyglądam. Czuję jak tłuszcz wędruje sobie po moim wnętrzu i nawilża skórę. 
Właśnie skończyłam malować paznokcie na szaloną cytrynę. Zwykle nie noszę takich odblaskowych kolorów. Ale któż nie kocha zmian?
Ja kocham, dlatego czym prędzej muszę zmienić moje nawyki żywieniowe i zacząć jeść jak przystało na osobę, która się odchudza. Chudość to klucz do szczęścia. Szczupłe dziewczyny jedzą słodycze na przerwach, mają chłopaków i noszą dopasowane ciuchy. Szczupłe dziewczyny nie muszą udawać, że są szczupłe, chowając się pod dużymi ciuchami. Szczupłe dziewczyny są szczupłe w stroju kąpielowym. Wychodzą na słońce, są szczęśliwe i nie muszą się martwić zmarszczkami powstającymi wskutek działania promieni UV. Żyją.

Ten post jest wybitnie bez sensu. Anastazjo, ogarnij.

sobota, 9 lutego 2013

Sobota.


Miłość może uczynić Cię najszczęśliwszą osobą na Ziemi; sprawić, że z niecierpliwością będziesz wyczekiwać kolejnego dnia.
Jednak potrafi też wycisnąć łzy bólu; strącić Cię na dno rozpaczy. 
Zabija Cię zarówno wtedy, gdy Cię spotka, jak i wtedy, kiedy Cię omija.

Dzisiaj czuję się zdecydowanie lepiej. Cieszę się, że moja złość tak szybko przeszła.
W weekend mam tak, że lubię więcej zjeść. Tak więc dzisiejszy bilans jest trochę bardziej treściwy niż zwykle.
Śniadanie: trzy wafle ryżowe wieloziarniste + dwie łyżeczki dżemu truskawkowego.
Obiad: dwa ziemniaki, starta marchew,surówka z kiszonej kapusty i ok. dwie łyżki buraczków + oliwa z oliwek, na deser pomarańcza
Podwieczorek: owsianka na wodzie + banan + sok z dwóch małych jabłek i dwóch marchewek + kilka łyżeczek siemienia lnianego (swoją drogą jedzone prosto z woreczka smakuje trochę jak orzechy). Nie wiem czy zjem coś jeszcze. Chętnie zjadłabym ryż z sosem pomidorowym. Cóż, zobaczymy. Ćwiczyłam wczoraj. Muszę  wygospodarować sobie jakąś godzinę dziennie na ćwiczenia, bo zwariuję.
Nie mam dzisiaj żadnych głębszych przemyśleń. Prześladuje mnie opowiadanie które muszę napisać koleżance. Temat to "historia współczesnego Makbeta". Zupełnie nie wiem o czym mogłoby ono być. Macie jakieś pomysły? Powinnam ogarnąć w pokoju i odrobić lekcje na poniedziałek. Zacząć "Dziady".
Pewnie nie chce Wam się czytać o przebiegu mojego nudnego dnia. Opowiem Wam coś ciekawego. Ostatnio zaczęłam prowadzić zeszyt, w którym zapisuję moje wyobrażenie kolejnego dnia. Zapisuję jutrzejszą datę i po kolei opisuję wszystkie wydarzenia, które mogłyby mieć miejsce. To bezsensowne, bo zwykle i tak wszystko dzieje się zupełnie na odwrót, ale samo pisanie jest dość inspirujące, dlatego myślę, że warto. Nie mam pojęcia jak wpadłam na ten pomysł.
Hm, może napiszę jeszcze o mojej nowej "wielkiej miłości" i trochę o starej. Stara "miłość", Pan F, zaczął pokazywać się na przerwach z "dziewczyną". Gadają sobie. Na początku trochę się o to wkurzałam, ale teraz... cóż. Skoro F. jest idiotą i dogaduje się z jakąś laską, oznacza to, że ta laska też jest idiotką. Ave. Do tego ma połowę włosów czarnych i połowę tlenionych. Nie żebym była wredna, czy coś, ale: MWAHAHAHAHHA.
Moja nowa sympatia to Pan Ł. Tak, Łukasz, ma na imię Łukasz. Okej, więc Pan Ł. chodzi na mat-fiza, jest ode mnie starszy o rok. Zodiakalny wodnik, urodzony 26 stycznia,  numerologiczna szóstka, ma dwa lata starszego brata. Lubi jeździć na łyżwach, miał dużą imprezę osiemnastkową, ma słabą głowę, wyznaje ludziom miłość po alkoholu, nie ma dziewczyny. Boi się zagadać do osoby, która mu się podoba, jest zabawny, sympatyczny, ma oryginalne poglądy, jest lubiany i dziwny. Wiem to wszystko, mimo tego że on nie wie o moim istnieniu. Na dyskotece tańczył z jakąś laską, dobrze że nie poszłam. Poza tym podpierał ściany razem ze swoimi kolegami. Ah, własnie, cały czas chodzi ze swoim stadem. Dzisiaj rano dowiedziałam się że tamta dziewczyna tańczyła z każdym. Właśnie dotarło do mnie, jaka ze mnie idiotka. Zakochuję się, a kiedy ktoś pyta mnie czy chcę, żeby poznał mnie i mój obiekt westchnień, stanowczo odmawiam. Czego ja się, kurczę, boję. Przestałam się zachowywać jak baran, a zaczęłam jak ciota.

piątek, 8 lutego 2013

Piątek.

Jak tu nie być pesymistką?

Moi genialni rodzice uznali, że jednak nie zawiozą mnie na dyskotekę, bo jestem głupia, gruba, brzydka, nie powinnam nigdy się urodzić, szkoda, że za ich czasów nie było prezerwatyw, bo teraz przynajmniej nie mieliby problemu, jestem skończoną egoistką i się wywyższam, nie mam przyjaciół nie zasługuję na to żeby raz na pół roku iść na głupią szkolną dyskotekę bo to ogromny wydatek i straszny dyskomfort(bo przecież trzeba się wyspać!) są tacy zapracowani, powinnam im trochę pomóc, jestem niewdzięcznym nic nieznaczącym bachorem, który powinien się cieszyć że w ogóle ma gdzie mieszkać i co jeść. Bo ich hobby to obiecywanie czegoś, a potem odwoływanie. Mam ochotę coś rozwalić albo się pociąć, ale wiem, że wtedy byłoby jeszcze gorzej.
To nie fair. Nastawiłam się już psychicznie, że tam będę. Wszystkie dziewczyny zastanawiają się teraz pewnie, co ubrać i jak się pomalować, tylko ja nie mam tego problemu. Bo nie idę.
Ale to może znak, że nie powinnam tam iść. Jeszcze zobaczę coś, co mnie zrani. Albo w szkołę walnie meteor i wszyscy umrzemy. Takie rzeczy się zdarzają.
Od kilku miesięcy prześladuje mnie jakaś zła passa, co do wyjść gdziekolwiek. Zawsze coś. Zakupy nie, bo chora, przyjaciele nie, bo brak czasu i imprezy nie, bo rodzice. Jakby spędzenie weekendu poza domem było zarezerwowane tylko dla chudych i ładnych. Cóż. Muszę pogodzić się z faktem, że dopóki nie będę szczupła nie mam co liczyć na żadne wyjścia. Po co psuć ludziom humor swoją tuszą i niezdarnością? Założę się że gdybym nie musiała chodzić do szkoły, moje życie polegałoby na bezmyślnym dryfowaniu między łóżkiem, a komputerem. Zawsze gdy chciałabym wynurzyć nos z pokoju, świat zaczynałby się walić. To pewne. Nie zasługuję na życie. Mam się uczyć, jeść i spać.

Do tej pory zjadłam tylko jabłko. Jakoś nie mam ochoty żeby jeść, chociaż ssący ból w żołądku daje mi się we znaki. Ale to dobry rodzaj bólu, a poza tym- cierpienie uszlachetnia.

czwartek, 7 lutego 2013

Czwartek.

Mam tyle do zrobienia. Zabijcie mnie.

Sprawdzian z polskiego, nauka na chemię, dramat(!) dla koleżanki, języki obce.
Kiedyś pisanie szło mi dobrze. Bardzo dobrze, bardzo, nie wiem, lekko. Teraz nic. Zero rymów, nawet brak tematu. Mam zamiar siedzieć do nocy i czekać na wenę. Weno, przybywaj!
Przez ostatnie kilka dni nie miałam czasu, żeby wchodzić na bloga. Jestem strasznie zawalona szkołą i tym, co na siebie wzięłam. Przyznam też szczerze, że w ogóle nie ćwiczyłam, ale za to pilnowałam diety.
Dzisiejszy bilans:
Śniadanie: -
Obiad: pomarańcza, kiwi, wafel ryżowy
podwieczorek: 3 wafle ryżowe, pomarańcza, 2x kiwi
Kolacja: porcja makaronu (ok 200kcal)

W Poznaniu niestety nie dałam rady kupić tofu. Na pocieszenie wzięłam ciemny ryż. Nawet go jeszcze nie próbowałam, a miałam to zrobić dzisiaj. Jutro też odpada, ze względu na dyskotekę, na którą nie wiem czy iść. Rodzice powiedzieli, że mnie zawiozą, ale boję się, że skończy się tak jak zwykle- czyli rozczarowaniem. Temat to college party. Naprawdę, mocno się waham. Z jednej strony, mogłabym spędzić czas z przyjaciółmi.. z resztą, zawiadomiłam już wszystkich, że idę. Ale jest jeszcze ta mroczna strona, w której to wychodzę na idiotkę i grubaskę bo nie tańczę, nie wyglądam, nie ubiorę się, nie będę się dobrze bawić bo nie lubię imprez z których wychodzę rozczarowana. Wszyscy wiemy, że pójdę tam z głupią nadzieją, że znajdzie mnie książę i odjedziemy na białym rumaku, a wyjdzie jak zwykle.

Siedemnasty stycznia 2012, pamiętam jak wczoraj.

Cicho, nic nie pamiętam. Przeszłość nie istnieje.
Oh, okej, kończę, mam tyle pracy.

Boję się żyć.

niedziela, 3 lutego 2013

Niedziela.

"Księżniczko! Jesteś arystokratką. Pamiętaj...musisz być lekka i zwiewna, by temu rycerzowi, który uwolni Cię z wieży, nie załamały się ręce...albo nie padła kobyła."

 Czwartek: 1000 brzuszków, 40 damskich pompek, 100 przysiadów.
Piątek: 200 brzuszków.
Sobota:Nic
Niedziela: jeszcze nic.
Chyba muszę na nowo zdefiniować moje cele. Cel pierwszy: do końca maja ważyć 45 kilogramów. Wówczas albo stopniowo będę zwiększać kaloryczność posiłków, aż dojdę do około 1500 kcal na dzień, lub będę odchudzać się dalej, do co najwyżej 41 kilo. Cel drugi: lepiej zorganizować sobie czas, systematyczniej się uczyć i codziennie sprzątać w pokoju. Porządek jest definicją kontroli. Poprawić oceny, osiągnąć średnią powyżej 3,5 na drugie półrocze. Cel trzeci: przestać marszczyć się bez potrzeby, bo od marszczenia ryjka robią się zmarszczki, a ja chyba nie chcę mieć zmarszczek, prawda?
 Na jutro: projekt na wok, na wtorek sprawdzian z historii. Właśnie skończyłam sprzątać pokój i teraz powoli popijam sobie zieloną herbatę. Bilans z dzisiaj: trochę makaronu, koktajl/mus bananowo-pomarańczowo-jabłkowy i trzy cukierki. Lepiej nie będę zamieszczała na blogu tego co zjadłam wczoraj, bo  mogłabym Was kochane za bardzo zgorszyć. Powiem jedno: dobrze nie było. Chyba też dodam taki boczny pasek z każdym dniem lutego i będę tam zaznaczała jak mi poszło. Z trzydniowej głodówki zrobiła się jednodniowa- piątkowa. Głodować mam jeszcze zamiar w czwartek- umówiłyśmy się tak z koleżanką. W sumie to mogłabym nic nie jeść też we wtorek- nie będę musiała się uczyć, bo w środę jedziemy z klasą do Poznania na wykłady. Jeszcze zobaczę. Nie planuję już nic nie jeść do końca dnia, na śniadanie zjeść mus z tego, co będzie w kuchni, na obiad wafle ryżowe lub miseczkę zupy, jeśli będzie jakaś przyzwoita i bezmięsna.
 Przestałam liczyć kalorie. Sam fakt, że jestem weganką, mocno ograniczył mój jadłospis( wcześniej pozwalałam sobie np. na serek wiejski), dlatego chyba nie ma sensu kierować się w wyborze produktów wartością energetyczną. Na dniach postaram się uzupełnić moje zapasy o marchew, a kiedy będę w Poznaniu powęszę za serkiem tofu (jeśli któraś z Was jest z Poznania, to bardzo proszę o informację, czy i gdzie w okolicach starówki mogłabym znaleźć ten serek). Mam zamiar zacząć brać olej z wiesołka w kapsułkach.
 Cieszę się że nikt w domu nie zmusza mnie do jedzenia. Mam totalny luz, jeśli czegoś nie chcę jeść- nie muszę. Mama ograniczyła przynoszenie do domu słodyczy i tego, czego nie chcę. Dostaję codziennie dużo kasy, bo sama kupuję sobie jedzenie. Nierzadko można mnie zobaczyć na peronie z dwoma kilogramami marchwi i bananem na twarzy. Mam ostatnio więcej energii, nie tylko fizycznej, ale też psychicznej. Czuję się zdecydowanie lepiej. I tego mam zamiar się trzymać.

piątek, 1 lutego 2013

Czwartek.


Tak dużo zrobiłem
Wierz mi naprawdę,
By odnaleźć siebie,
By odnaleźć prawdę.
Wszystko już wiem,
Aż wstyd się przyznać
Rzucić się w przepaść
Jest prościej niż ją wyznać.


Nie powinnam była tyle jeść. Czuję się przepełniona. Potrzebne mi jeszcze było to pół banana na noc, nie? Przecież bez tego nie dałabym sobie rady.
Jestem beznadziejna. Zaplanowałam sobie wczoraj co dokładnie zjem, ale rano niestety wszystko spie  zepsuł mój ojciec, który zaczął mieć do mnie jakieś pretensje, nie wiadomo o co. Wszyscy w domu wiedzą, że mogę wpaść w szał, jeśli nie jestem w nastroju na słuchanie pierdo gadania kogokolwiek, oczywiście, poza moim kochanym tatusiem.
Z kuchni wyszłam wkurzona jak cholera, biorąc do pokoju tylko wafla ryżowego z łyżeczką musztardy, zamiast zdrowego soku.
W szkole było okej. Sprawdzian z matmy napisałam bez szału, ale jestem pewna, że nie dostanę jedynki. PP na pięć, wiedziałam wszystko, chociaż nawet nie zajrzałam do książki. Mieliśmy dwie godziny WFu. W szkole zjadłam jabłko, tym razem większe niż zazwyczaj, ponieważ kupiła mi je koleżanka.
Do domu wróciłam około piętnastej, zjadłam wafla z musztardą, a potem zmarnowałam popołudnie na oglądanie Supernatural. W czasie od szesnastej do dwudziestej trzydzieści zjadłam: trzy pastylki miętowe w czekoladzie, puszkę kukurydzy (znowu!), dwie pomarańcze, 4 kiwi i talerz zupy buraczkowej. Jestem bez-na-dziej-na. Nie potrafię poradzić sobie z głupią ochotą.
1000 brzuszków i francuski.
Od jutra do niedzieli głodówka. To tylko trzy dni. Dam radę.

środa, 30 stycznia 2013

Środa.

Ten, kto skacze do nieba, może upaść, to prawda. Ale może też poszybować w górę.

Ciężki dzień. Już teraz padam na twarz, a co dopiero będzie po nauczeniu się na sprawdzian z matmy i PP. Z okazji setnego posta mam dzień bez zawalania. Oficjalnie jestem zostałam weganką, czym podzieliłam się już ze znajomymi, więc byłoby głupio, gdybym nie schudła. W szkole widziałam dzisiaj pana F. kilka razy. To   więcej niż normalnie. Praktycznie na każdej przerwie albo koło niego przechodziłam, albo mijaliśmy się na korytarzu. To takie .. dziecinne. Jestem głupia. Sama sobie na to zasłużyłam. Gdybym miała choć odrobinę mniejsze ego, poszlibyśmy razem na tego głupiego sylwestra, a teraz pewnie bylibyśmy kolegami. Widziałam go dzisiaj, kiedy wracałam ze szkoły. Stał i czekał na jakąś laskę. A potem koło niej szedł. Po co ja w ogóle o nim piszę..? Jakoś tak..nie potrafię tego zostawić.  
Nie wiem co mi jest, zachowuję się ostatnio tak głupio i dziwnie. Jak duże rozpieszczone dziecko. Jestem taka..taka głupia i bezradna.
Nieważne.
śniadanie: sok
II śniadanie: małe jabłko
obiad: sok, trochę kiszonej kapusty
podwieczorek: wafelek ryżowy
kolacja(którą zaraz wypiję): sok

Kupiłam dzisiaj kilo kiwi. Moje soczki z dnia na dzień są coraz lepsze. I pyszne :)
Wczoraj udało mi się zrobić to tysiąc brzuszków. Prawie umarłam. Dzisiaj- bieganie. W nocy pewnie trochę poćwiczę.
Okej, idę, jak już pisałam mam sporo nauki i strasznie mało czasu. Chudego wieczoru! :3